Cień

Skończyły mi się słowa. Zdania nie układają się w nic. Nie kleją się. W żadną całość. Pół. Czy choćby ćwierć.

Nie wiem co powiedzieć. Nie potrafię napisać. Wszystko się gmatwa i plącze. Jest jakoś inaczej. Nie ma pomysłów. Brakuje lekkości. Wszystkiego brakuje. Nie ma nic. Usuń. Nie ma po co. Zabrakło mi sensu.

Za dużo presji. Niespecjalnie potrzebnej. Wyrzucam i zrzucam sobie i na siebie. Nic z tego nie wynika. Brzydkie to nowe miejsce. Ta dziwna przestrzeń. Tak trudno mi się odnaleźć. Nie jest wygodnie.  Nie podoba mi się. Nie lubię siebie tutaj. Nie lubię siebie takiej. I nie znam. Zupełnie siebie nie przypominam. To nie jestem ja. Kim jesteś? Jak się z Tobą funkcjonuje? Gdzie to wszystko zmierza?

To pierwsze takie spotkanie. Nigdy tu jeszcze nie byłam. Nie zaglądałam. Nie wiem co się dzieje. Nie rozumiem, gdzie jestem. Po co tu trafiłam. Nie wiem kim jestem. Jak nawiguje się z tej przestrzeni. Jak to pogodzić z życiem. Z codziennością. Z rzeczywistością. Co trzeba zrobić. Gdzie iść. Jak się zachować. Jaką maskę założyć. I jak stąd wyjść.

Ściana. Cztery ściany. Albo więcej. Odbicia od jednej do drugiej. Od drugiej do trzeciej. Od trzeciej do czwartej. Od każdej do każdej. Zabłądziłam. Nadal błądzę. We wszystkim i niczym. Brakuje mi punktu zaczepienia. Zrozumienia. Czas płynie. Beze mnie. Co dalej?

Tutaj się boję. Bo nie rozumiem. Którędy się wraca? A może stąd się nie wraca? Może droga prowadzi tylko naprzód? W którą to jest stronę? Zgubiłam się. Pytam. I pierwszy raz, nie uzyskuję odpowiedzi. Nie wiem co. Jak. Nie wiem, gdzie. Nie rozumiem. 

Głęboko pod skórą ukryty dźwięk. A pod nim nic. Jakaś pustka. Taka wyjątkowo pusta. Nieznośna. Wyraźnie nieznana. Nie moja. Nie wiem skąd to dobiega. I dlaczego bez powodu zbiera się na płacz. Coś gdzieś się spala. Coś rozpada na kawałki. Coś pęka. Jest jakaś rysa. Jest cień. Jest czerń i biel. Nie takie jak bym chciała. Bo nie powodują dreszczy. I jest krew.

 

Już wiem. Oddechem weszłam w siebie. Szukałam i znalazłam. To od tamtej chwili. I faktycznie jest o mnie. To rodzaj spaceru przez mrok. Przez cień. Przez ukłucia gdzieś. Rozlany żal. Ból. Zderzenie. Uderzenie. Upadek. Cholernie niespodziewanie. Nie wiedziałam, że to było tak ważne. Nie sądziłam, że ugodzi w te pierwsze. W te od których wszystko się zaczyna. W te, które są moim początkiem. Początkiem wszystkiego. Pamiętałam. Opowiadałam tę historię bezrefleksyjnie. Nie łączyłam kropek. To nigdy nie bolało tak, jak teraz. I chyba faktycznie ma sens. Wyszło, bo nie przestawałam szukać. Nie mogłam wiedzieć. Tak dawno. Tak mocno.

Nosiłam Cię przez te wszystkie lata. Zablokowaną. Poranioną. To w środku został największy ślad. Tam była pułapka. Tam została rana. To to od zawsze bolało. Pomimo zewnętrznych obrażeń.

A wystarczyłyby jedne ramiona. Kilka słów. Wystarczyło być i pokazać, że nie jestem sama. Że nigdy nie byłam. Że nigdy nie będę. Że to jest ważne. Że owszem stało się. Ale to nic nie zmienia. Że jestem bezpieczna. Że wypadek, a nie zwykły incydent. Zauważyć jak silnie ugodziło w najczulsze struny i miejsca. Zabrakło opieki. Zabrakło zrozumienia. Zabrakło serca dla serca. Duszy dla duszy. Zabrakło szacunku do rozbitej brutalnie kruchości. Tam zabrakło nawet miejsca na łzy i potrzebne cierpienie. Żeby nie musiało już zawsze tak kłuć od wewnątrz.

Pęknięta skóra. Drobne rany. Krew. Ale nic się przecież nie stało. Do wesela się zagoi. Wstań. Nie płacz. Nie patrz. Nie dotykaj. A wewnątrz? Krwawiło bez świadków. Nietamowany krwotok. Trzeba było stanąć na nogi. Założyć uśmiech. Ukryć uczucia. Iść. Choć boli. Zapomnieć. Bo nic się nie stało.

Strupki. Ledwie zasklepione. Drapane. Rozdarte. Wielokrotnie. Brutalnie. Brakowało miejsca, żeby rozumieć. Brakowało schronienia. Bo to się nie łączy. Nie naprawi nikt, komu pozwala się drapać. Nie naprawiłby nikt inny niż ja. Lekcja po lekcji. Sól na rany. Dobra mina do złej gry. Blokada. Zamknięcie. Stop.

Trzeba było do tego sięgnąć. Zaglądnąć pod warstwę strachu. Zderzyć się z lękiem. Dotknąć tej obcej przestrzeni. Odkazić rany. Obmyć je. Wypełnić światłem. Miłością. Rozpocząć proces leczenia. Pozwolić się zagoić. Przewartościować wszystko. Zrozumieć. Być jedynymi ramionami, które mogą coś zmienić. Odzyskać poczucie bezpieczeństwa. Wartość. Zrozumieć, że się stało. Że po prostu zabrakło opieki. Że to już tylko kwestia czasu. Że niedługo będzie po wszystkim. Że to tylko cień. Że najważniejsze, że został odnaleziony. Że nie jestem już niewidoczna. Że niedługo zaświeci słońce.

Już wiem. Po co ten czas. Wiem, dlaczego aż tyle. Inaczej nigdy bym tu nie dotarła. Inaczej bym szła utartym schematem. Grzebaniem. Rozdrapywaniem. Pogłębianiem. Dopiero dziś byłam gotowa zrozumieć. Trudno w tym być. Nie podoba mi się tutaj. Ten stan nie napawa optymizmem. Wciąż nie do końca wiem jak tu być. I którędy wyjść. Ale tak widocznie jest, kiedy znajduje ujście tłumiony przez lata krzyk.

Poddaję się. Pozwalam sobie czuć. Posłucham siebie. Tam poszukam instrukcji obsługi. Będę przytulać. I przestanę. Oczekiwać. Tłumić. Zakładać blokady. Uciekać. Od tego. Od siebie. Będę. Ze sobą. Dla siebie. Odszukam cierpliwość. Dobroć. Miłość. Troskę. Bo owszem. Stało się. Dam sobie przestrzeń na ból. Na wtedy tłumione łzy. Na cierpienie, dla którego zabrakło przestrzeni. Zdrapię siebie z tego placu zabaw. Zagoi się.  Kiedy będę gotowa. Otworzę serce i odnajdę drogę do domu.

 

„Czuję się mniej więcej tak, jak ktoś, kto bujał w obłokach i nagle spadł”

~ Alan Alexander Milne, Kubuś Puchatek

 

P.S. Dziękuję, że jesteś 🤍 

P.

Ten post ma 4 komentarzy

  1. Malina

    Bardzo mocno tule ❤️

  2. E.

    Paula z zapartym tchem czytam twojego bloga, czekam na więcej 😘

    1. P.

      Dziękuję Kochana 🥺😘

Dodaj komentarz