Nauczyłem się umierać w sobie
Nauczyłem się ukrywać cały strach
Nie do wiary ze tak bardzo płonę
Nie do wiary ze rozumiem każdy znak
~ Sto tysięcy jednakowych miast – Coma
***
Wyrwany kontekst myślom przekształcam na nowe spojrzenie w Nas
Ogień płonie bez pytania, zostawia bez sił, bez tchu, bezczelnie
Na dziś, na jutro, tydzień, miesiąc, rok, na zawsze, wypala ślad
W nałożonej masce z pozornego poczucia kontroli sytuacji
O mały włos podejmuję próbę wymuszenia drogi na skróty
Słony deszcz płynie, gdzie chce, jak bardzo nieproszony gość
Wołam usilnie w świat o pomoc najciszej jak potrafię
Zaprzestałam budowania pewności, że jestem, jak chciałam
Wypłowiałe, odbarwione, stare, sprane, nieprawdziwe słowa
Odpadają nierównym tempem w połowie każdego zdania
Bez kontroli prują się szwy otwierając ranę na wylot
Nieznośny zrobił się bałagan w tym moim małym chaosie
Z przeciwstawnych przyczyn kształtują się nierówne skutki
Serce w stanie najwyższej gotowości, błądzi, gdzie nie gdzie, po omacku
Przedkładam brak wiary, nad brak nadziei, nie mylę z miłością
Przejawiam z pozoru niekontrolowane wyładowanie emocjonalne
Odnotowuję niechciane, lecz świadome marnowanie rzeczywistości
Z głębi trzewi wyzwalam nieoczywisty w obecnej sytuacji żal
Próbuję wznieść krzyk, tym razem w rejestrze wyższym niż strach
Fale przedziwnych wizji uderzają ze zwielokrotnioną siłą
To, co musi nieubłaganie płynie, przede mną, przed siebie
Przypuszczam, że zaczyna odgrywać coraz mniej istotną rolę
Jak to jest, że po równym roku losuję dokładnie to samo zdanie?
Zabrakło czasu, żeby o Tobie zapomnieć
Odkąd sięgam pamięcią nie było dnia…
Odkąd się obudziłam, nie zmrużyłam oka…
P.S. Dziękuję, że jesteś
P.
Ten post ma 2 komentarzy
🫶
🫶🏼