~ Gdy zbudowano Koloseum, zbudowano Rzym. Gdy zburzone zostanie Koloseum, zburzony zostanie Rzym. Gdy przestanie istnieć Rzym, skończy się świat ~

***

Wracam dziś do wspomnień. Bo to jedno z ważniejszych wydarzeń ubiegłego roku. Jedna z ważniejszych podróży. Naprawdę jestem szczęściarą. Mam w swoim życiu dwie bardzo magiczne Osoby. Moje Dwa Serca. Te najważniejsze. Relację, która zbudowana została na bardzo brutalnym zderzeniu z rzeczywistością. Ale niestety często, to właśnie wspólne przejście przez piekło pozwala nam zrozumieć, co tak naprawdę jest w życiu ważne. Jesteśmy Magicznym Trio. Trzema Muszkieterkami ❤️

Z Wami wszystko się udaje. A nawet jeśli się nie udaje, to ostatecznie i tak się udaje. Śnieg przestaje sypać, drogi są przejezdne, lotnisko odblokowane, nikt nas nie okrada, deszcz przestaje padać, jedzenie smakuje najlepiej na ulicy, schody wcale nie są aż tak wysokie, a lody pistacjowe potrafią być jak szpinak dla Popeye’a.

Dzięki Wam spełniają się moje marzenia. Czasem naprawdę mam wrażenie, że nie jestem w stanie wyrazić ogromu wdzięczności za czas, który możemy spędzać razem. Za te wszystkie szanse i doświadczenia. Smak chwilom daje przede wszystkim obecność. I bezwarunkowa miłość. A serce rośnie, kiedy się widzi te uśmiechy. Tą radość. Z Podróży życia. Dziękuję za każdą naszą sekundę. Jesteście moim wszystkim ❤️

Każde miejsce, którego doświadczamy, może dać nam więcej niż się spodziewamy. Każde może się okazać niezwykłe. Każde zmienia nas na swój sposób. Jeśli na to pozwolimy. I Rzym, a raczej Rzim był dla mnie jednym z takich miejsc. Coś we mnie obudził. Coś we mnie zmienił. Mam taką super moc, że potrafię mocno czuć. Nauczyłam się czerpać dobrą energię z każdego miejsca, w którym się znajduję coraz bardziej. Zauważyłam, że potrafię dostrzec coś w teoretycznie niczym. Poczuć coś w czymś co bez głębszej refleksji raczej nie wyzwala uczuć. A w tym co wyzwala czuję wielokrotnie mocniej niż byłabym w stanie jeszcze jakiś czas temu. Tak było i tym razem.

Zamykam oczy i znów tam jestem. Bardzo wyraźnie widzę wszystko, jakbym przeżywała te chwile na nowo. To, jak mam świadomość, że Koloseum rośnie rzut beretem od naszego mieszkania, a mimo wszystko szok wywołuje, kiedy zaczyna majaczyć na horyzoncie pierwszy raz. Czuję się tak, jakbym się go zupełnie nie spodziewała. Jakby ktoś mnie teleportował w miejsce, w którym nie podejrzewałam się znaleźć.

Uśmiecham się do siebie. Jest wieczór i jest już ciemno, światła rozświetlają ulice nowoczesnego miasta. Takiego zwykłego – niezwykłego. Bo patrzą w nim na mnie z góry tak ogromne drzewa, że budzą mój podziw za każdym razem jak na nie patrzę. Chcę ich dotykać. Chcę się do nich przytulić. Chcę poczuć ich energię.

I po środku tego miasta stoi Koloseum, budowla, która wyzwala niewiarygodne emocje we mnie. Kiedy patrzę z daleka, kiedy się przyglądam, kiedy próbuję je poczuć. Ale też, kiedy jestem w środku i mam wrażenie, że czuję ten ból i cierpienie, które tam krzyczały. Kiedy dotykam murów i łączę się z energią tamtych wydarzeń. Na swój sposób jestem w stanie je poczuć. To nie umniejsza zachwytowi. I nauczyłam się chyba przepuszczać te złe przez siebie, aby nie zostawiały po sobie śladu, aby nie chłonąć w dłuższej perspektywie tego co może boleć, a czerpać jedynie to co dobre, to co piękne. Bo piękno pozostałości po tym brutalnie wykorzystywanym miejscu jest nie do opisania.

Nastawienie to dla mnie 80% sukcesu każdego przedsięwzięcia. I naprawdę nie ma znaczenia to, że leje od samego rana. Miało padać. Bo jeśli miałoby nie padać, to by nie padało. A przecież w odpowiednim momencie zupełnie przestało. Bo tak miało być. W innej scenerii, w blasku słońca nie byłoby tak pięknie. Mimo wszystko. Ponurość dnia podkreśla i podkręca piękno odwiedzanych miejsc. Napotkanych budowli, ruin. Słonce jest przecież zawsze. Za chmurami. A tego dnia postanowiło nam po prostu wszystkiego nie „popsuć”. Bo to nie był na nie czas…

Trudno mi się oprzeć wrażeniu, że te kilkanaście minut z dokładnością atomowej sekundy globalnej nie zostało tak zręcznie wplecione w naszą rzeczywistość tamtego dnia, ze specjalną dedykacją dla mnie. Miałyśmy być zupełnie w innym miejscu, zupełnie w inny sposób wracać. A tu jednak. Wychodząc zza rogu, którego się nie spodziewałyśmy, z miejsca, do którego dotrzeć nie planowałyśmy, jak w zwolnionym tempie zaczynają dobiegać do moich uszu dźwięki utworu, który tak doskonale znam. Utworu, który prawdopodobnie jestem już w stanie rozpoznać z największej odległości, po pierwszej nutce. Utworu, które czuje moje wszystko, kiedy wwierca się w mózg. Utworu, który Spotify zakwalifikował we Wrapped 2023 jako numer 1 na liście Top 5, a który przesłuchałam do zakończenie zestawienia – okazało się – 218 razy.

I ten utwór rozbrzmiewa na skrzypcach. Które tak kocham. I można by to nazywać przypadkiem, bo przecież Artystów ulicznych spotkałyśmy kilku, a Expirience jest idealnym utworem, aby go w taki sposób zagrać, ale jakoś trudno mi uwierzyć, że akurat wtedy, akurat o tej porze, kiedy tam byłyśmy, a miało nas nie być. Kiedy ja tam byłam. Można się ze mnie śmiać pozwalam, niespecjalnie mnie to rusza.

To taki moment, w którym górę nade mną biorą emocje, a łzy wzruszenia same cisną się do oczu. Bo dostrzegam w tym przekaz dla siebie. Być może taki, na który czekam. Jeszcze nie wiem, ale jak magnes ciągnie mnie do tego Chłopaka na drugą stronę ulicy. Elektryczne skrzypce podpięte są do wzmacniacza, a ja swojego najukochańszego utworu nie słyszę już tylko w uszach, ale jednocześnie w każdej tkance i komórce swojego ciała. Przechodzą mnie fale dreszczy, wszystko jest rozmazane, bo patrzę przez łzy i uświadamiam sobie, że jestem niesamowitą szczęściarą mogąc doświadczać czegoś tak pięknego, w tak niewiarygodnych okolicznościach przyrody i architektury, u boku najpiękniejszych Istot jakie udało mi się do tej pory spotkać.

Kolejny utwór jest jakby przecinkiem. Przerwą. Znam go, lubię, ale pomaga mi zejść na niższy obłoczek, na którym nadal mogę dryfować. Był jakby chwilą wytchnienia. A może nawet testem, czy zaryzykuję sprawdzeniem tego, co zostało jeszcze na tą chwilę dla mnie przygotowane. Zdałam. Bo zostałam. I wiem, że dobrze zrobiłam, wiem, że to było dla mnie, bo kolejnym utworem jest Con te partirò w którym zakochałam się jakiś czas temu bez pamięci. W wersji Bocellego solo, bo innej nie uznaję. Są takie utwory, które znam doskonale, a potrafią kliknąć we mnie dopiero po wielu, wielu latach, tak jakbym dopiero po tym czasie potrafiła je naprawdę czuć. Tak jakby dopiero po tym czasie, były prawdziwie dla mnie. Tak było z tym utworem, który zajął zaszczytne 3 miejsce, na liście Top 5.

I znów całym ciałem czuję ten utwór, bo znów jest tak mocno przejmujący. Tak głęboki. I dotyka najdelikatniejszych strun. Wdziera się z każdym dźwiękiem głęboko do środka i głaszcze serce. I łzy i ciary i włosy stające dęba wszędzie, gdzie tylko mają szansę. I wracam na wyższy obłoczek, bo tam piękniej słychać i czuć.

Z ogromną niechęcią odrywam się od tego doświadczenia, kiedy rozbrzmiewa kolejny piękny utwór. Nie z listy Top, ale z playlisty owszem. Jednak pozwalam sobie odejść. Bo to już ten czas. W ogromnym wzruszeniu, delikatnie drżąc zmierzam w stronę Koloseum, które po tych chwilach zachwyca mnie jeszcze bardziej. I z tej perspektywy robi jeszcze piękniejsze i bardziej niewiarygodne wrażenie. Ruiny majaczące po prawej stronie w magiczny sposób wplecione są w rzeczywistość, której dotykam. I to wszystko zupełnie tu nie pasuje. A jednocześnie chyba nie mogłyby pasować bardziej. Czuję jakbym się unosiła co najmniej kilkanaście centymetrów nad ziemią. Płynę w stronę „domu”, ale coś w środku nadal drży. I czuję, że to jeszcze nie koniec.

Emocje buzują we mnie nadal równie mocno jak tornado, które od jakiegoś czasu nie chce się zatrzymać i jakaś nieznana siła kieruje moją głowę w prawą stronę. Przed moimi oczami po przeciwnej stronie ulicy, w nadal ponurej pogodowo scenerii rosną ruiny, które podziwiałyśmy tego dnia kilka godzin wcześniej z bliska, a nad nimi jest tak różowe niebo jakiego jeszcze do tej pory chyba nigdy nie widziałam. I to niebo zdaje się płonąć. Wiem, że żaden aparat nie będzie w stanie tego zjawiska uchwycić, aby oddać jego piękno. Mimo wszystko robię zdjęcia telefonem. A później już tylko sercem, które łomocze nieustannie szokująco szybkim rytmem.

Jednocześnie kawałek dalej, przecinając szum miasta, dźwięki klaksonów i głosy ludzi, jakiś kolejny uliczny Artysta na klasycznych skrzypcach zaczyna grać utwór, którego wcale jakoś specjalnie nie lubię, ale jego słowa? Są dla mnie. I ja już nie mam w tej chwili innych słów jak te, które szeptem śpiewam sama dla siebie. Nie mam już nic, poza tym i łzami, które płyną jak wściekłe, bo kocham, po prostu kocham magię Wszechświata, który no kurwa (!!!) wiem, że stworzył te chwile dla mnie. Po prostu wiem. Bo czuję wszystko całą sobą.

Wracamy. A ja płaczę. Ludzie, którzy mnie mijają gapią się na mnie. A ja się do nich uśmiecham. Bo właśnie jestem niewiarygodnie szczęśliwa. I straszliwie chcę, aby ktoś z nich dziś poczuł coś podobnego.

Nic nie ma już od tej chwili tego samego znaczenia. A ja wiem, że właśnie Rzym, w te kilkanaście minut zmienił kolejną cząstkę mnie na zawsze. Coś wyciągnął. Coś co bolało. Pogłaskał, ukochał, przytulił, a później spalił na przepięknym różowym niebie. I wiem, że tam wrócę. Bo to jedno z tych miejsc, w których zwyczajnie nie chcę, aby mój ślad się zatarł. To pieczątka na serduszku. Taka z niezmywalnego tuszu.

I taka refleksja mnie teraz naszła, że przecież nie od razu Rzym zbudowano…

 

la vita è un miracolo ✨

 

P.S. Dziękuję, że jesteś 🤍 

P.

Ten post ma 2 komentarzy

  1. Malina

    Magiczne Muszkieterki 🫶

Dodaj komentarz