Delikatna wibracja na lewym nadgarstku sygnalizuje, że to już. Nie budzi mnie nagle. Od kilku minut nie śpię, tak jakbym podświadomie wyczuła, że za chwilę zaczynam. Cisza, której doświadczam od kilku chwil jest prawie namacalna. Lubię ten czas, w którym reszta świata jeszcze śpi, a ja mam szansę poczuć jak pięknym dźwiękiem jest ta cisza, która będzie mi towarzyszyć, dopóki nie zadzwoni gdzieś pierwszy budzik, lub szalony ostatnimi czasy umysł nie postanowi zacząć znów działać na najwyższych obrotach, zbyt wcześnie.
Nie ma dnia, w którym nie zachwycałabym się magią dźwięku, którego doświadczam w tych chwilach. Dopóki sama jej prawdziwie nie poznałam, nie miałam pojęcia czym jest cisza. Stała się moim ulubionym dźwiękiem. Zakochałam się w niej. I czuję, że to będzie miłość na resztę życia.
To jeden z tych dni, w których mogę więcej. Jeden z tych, w których mam do dyspozycji co najmniej dwie godziny zanim zacznę żyć życiem, które jest na zewnątrz. Postanawiam ten czas wykorzystać maksymalnie, bo nic nie daje mi większego ugruntowania jak ten jedyny w swoim rodzaju rytuał poświęcony tylko sobie i dla siebie.
Zapalam lampkę solną przy łóżku. Wypowiadając w myślach swoje afirmacje przeciągam się kilkukrotnie, tak aby ciało wiedziało, że najwyższa pora wyjść ze stanu hibernacji. Wstaję, zaspokajam potrzeby fizjologiczne. Podgrzewam odrobinę, dzień wcześniej zagotowaną wodę, która ma obudzić mój żołądek, wlewam ją do kubka z grupy tak zwanych wiaderek i wracam do pokoju.
Zapalam dwie białe świeczki, a później Palo Santo. Bardzo cichy pokój zaczyna się wypełniać moim ulubionym zapachem. Staję obok łóżka i wykonuje piętnaście wyuczonych ruchów poleconych mi sto lat temu przez moją Guru Fizjoterapii. Pstryka tam, gdzie zwykle i od razu czuję więcej przestrzeni w ciele.
Kładę się z powrotem do łóżka. Pod odcinkiem piersiowym układam niewielki bolster, który pozwala mi otworzyć bardziej klatkę do wykonania ćwiczeń oddechowych. Metodą Wima Hofa biorę 40 głębokich wdechów i wydechów. Od dawna nie mierzę sobie czasu. Doszłam do wniosku, że nie ma to dla mnie większego znaczenia na jak długo uda mi się w etapie końcowym zatrzymać powietrze, a pozwoli skupić się na doznaniach jakie przepływają z ciała wtedy, kiedy nie oddycham. Wolę być w tym, zamiast przerzucać uważność na klikanie w stoper. Serii wykonam dziś cztery, skoro to jeden z tych lepszych dni, w które nie muszę się tak bardzo spieszyć, żeby żyć. Po ostatniej serii zbijam sama ze sobą piątkę w nagrodę za to, że udało mi się zrobić na bezdechu 5 pompek więcej niż wczoraj. Czasu zatrzymań oddechu nie liczę, ale pompki to jednak coś innego.
Wracam do łóżka. Odkładam bolster i poduszkę na bok. Teraz dwie z groszami minuty na ćwiczenie dla nerwu błędnego i jestem gotowa do medytacji.
Poduszka wraca na swoje miejsce, a ja sięgam na skrzynkę obok łóżka po kryształ, który będę dziś nosić ze sobą. Intuicja podpowiada biały kamień księżycowy. Lubimy się, więc z chęcią decyduję z nim dzisiaj pracować. Poza tym z Księżycem mam wyjątkową więź, więc jest to idealny wybór.
Ustawiam 20 minut na timerze do medytacji, uziemiam się, aktywuję Energię wybraną na ten dzień i uciekam całkiem w siebie. Dziś udaje mi się wejść naprawdę głęboko. Mój umysł nie ruszył ewidentnie z kopyta, albo po prostu to jeden z tych dni, w których pozwala mi na więcej. W każdym razie ta subtelna wibracja na nadgarstku odrobinę mnie zaskakuje, bo weszłam naprawdę głęboko. A w związku z tym pozwalam sobie jeszcze na kilka chwil w tym stanie, bo jest niesamowicie przyjemny. Dziękuję Energii za przepływ.
Po zakończeniu medytacji pozwalam Intuicji podpowiedzieć mi co lub kto potrzebuje ho’oponopono. Odpowiedź przychodzi bardzo szybko, a ja otwieram się na to, aby dać z siebie możliwie jak najwięcej w trakcie tej praktyki. Czuję się niesamowicie.
Biorę głęboki oddech, przeciągam się znów jak kot i wstaję. Zabieram z półki przepiękne Karty, siadam przy stoliku, sięgam po dziennik i zaczynam pisać. Dzisiejsza data i intencja na ten dzień. Rzadko muszę się już zastanawiać nad tym, co chcę napisać. Mam wrażenie, że w momencie sięgania po dziennik ta myśl po prostu się pojawia. W kolejnym kroku zapisuję trzy rzeczy, za które jestem wdzięczna. Staram się nie pisać suchych faktów. Naprawdę czuję w sobie tą wdzięczność i wyrażam ją na papierze, tak aby miała jeszcze większe znaczenie.
Poza tym wszystkim pozwalam Intuicji „powiedzieć” coś od siebie. Wyszły mi trzy ciekawe zdania, które prawdopodobnie niedługo wykorzystam. Dziękuję.
Teraz kolej na czerwoną książeczkę. Alchemik. To taka książka, którą będę czytać co jakiś czas już chyba do końca swoich dni. On zawsze ma mi coś nowego do przekazania. Odkrywam w nim niesamowite rzeczy za każdym razem jak sięgam po niego na nowo. To też jedna z tych książek, której nie mogę nikomu pożyczyć, bo służy mi podczas codziennego rytuału do losowania zdania na dany dzień. Czasem zdanie to nie ma żadnego sensu. A czasem dziwnie łączy się z moją intencją albo rzeczami, za które jestem wdzięczna, czy właśnie tymi zdaniami, które wypływają nie wiadomo skąd.
„I wtedy twoje życie stanie się świętem, wielkim widowiskiem, ponieważ będziesz tą chwilą, którą właśnie żyjesz, żadną inną”
Teraz czas na kartę dnia. Dziś będą dwie. Druga wypadła. Uśmiecham się. Tutaj nie jestem ekspertem. Potrzebuję jeszcze pomocy, bo nauka trwa długo, a ja chwytam się stu rzeczy naraz, ale mniej więcej już się orientuję co i jak. Przeczucie mnie nie myli. Zapowiedź dzisiejszego dnia bardzo mi się podoba. Zapisuję, że były to Królowa Monet i Kapłanka, zamykam dziennik. Uśmiecham się, biorę trzy oddechy i idę zmienić garderobę na bardziej dostosowaną do kolejnego etapu.
Ścielę łóżko, robię sobie miejsce, odsłaniam rolety i wpuszczam dzień do środka. Rozkładam matę. Siadam i przygotowuję się rutynową rozgrzewką do swojego „tańca”. Dziś mam więcej czasu, więc intuicyjnie czuję, że chcę przywitać słońce w dziesięciu powtórzeniach. To pomaga mi się na początek rozruszać. Dalej już płynę ze swoją autorską praktyką składającą się z czternastu asan na jedną stronę, w każdej zatrzymuję się na koło minutę. To ta najbardziej wymagająca, ale czuję, że dziś moje ciało będzie mi za to wdzięczne. Później jeszcze odrobina uziemienia w drzewku i takich tam. Przez całą praktykę staram się nie dopuszczać umysłu do głosu. Nie chcę, żeby mi przeszkadzał. Czuję, że płynę z każdym oddechem zsynchronizowanym z poszczególnym ruchem ciała. Uwielbiam te momenty, w których udaje mi się nie wybić z tego stanu. Skończyłam, a moje ciało i umysł są mi bardzo wdzięczne.
Teraz jeszcze kilka chwil w krótkiej praktyce Kundalini Jogi, która stała się nieodłącznym elementem mojego rytuału. Niezależnie od tego jak niewiele mam czasu, z tego rzadko rezygnuję. Zaczynam krótką mantrą śpiewaną trzykrotnie. A później już płynę jak w transie z każdym ruchem, a dzięki zamkniętym oczom udaje mi się idealnie osadzić w tu i teraz. Ostatnie około trzy minuty to cztery serie oddechu ognia, który daje niesamowite odczucia. Na koniec podziękowanie. A później kładę się jeszcze na jedno ćwiczenie dla Czakry Korzenia, dwa głębokie skręty na 8 oddechów każdy i krótką Shavasanę.
Udaję się do kuchni, pozwalam kawie powolutku się parzyć i jestem gotowa wrócić do świata.
Dzień dobry dniu
Namasté ![]()
P.S. Dziękuję, że jesteś
P.
Ten post ma 4 komentarzy
Ja również już po Wimie 😍 dzięki Tobie ❤️ widzimy się dzisiaj. Kocham, uwielbiam i dziękuję, że jesteś. Do dziesiątej 😘
Czekam na Ciebie ❤️
Piękny rytuał …. 😍 U mnie też padło na 4:30! To jest zazwyczaj ta godzina w której budzę się do życia i pierwsze co to odpalam lampę solną 😄. To jest takie magicznie jak rano się takie cuda odprawia. ✨️🎇
💙
Więc Ty mnie doskonale rozumiesz 🥰 🤍