Courage doesn’t mean you don’t get afraid. Courage means you don’t let fear stop you
~ Bethany Hamilton
***
Nie wybieram dróg na skróty. Mam świadomość, że nie będzie łatwo. Ale dziś potrafię dostrzec jak wiele się zmieniło. We mnie. Wiedziałam, że będzie grubo, bo wiem, jak nauczyłam się czuć. Wiem jak wiele potrafi przeze mnie przepływać podczas pozornie mało inwazyjnych ćwiczeń i technik. Byłam gotowa. A to było gotowe na mnie. I na swój sposób dla mnie.
Sesja miała się rozpocząć o 20:15, a ja od 16 zaczynałam się „dostrajać”. Zaczęły pojawiać się pierwsze łzy, które nie były odpowiedzią na żadne doświadczenie mające miejsce w czasie rzeczywistym. To już było sygnałem, że mój proces będzie głęboki, bo poznałam siebie na tyle, aby takie rzeczy dostrzegać i nauczyć się je przewidywać. Bez oczekiwań i z ekscytacją brałam wszystko, co od początku się pojawiało.
Zamknęłam oczy i już po pierwszej nutce poczułam wszystko w sobie. Miało być ciemno, a ja pod zamkniętymi powiekami „widziałam”, że jest bardzo jasno. Po pierwszym dźwięku przez Nią wydanym mimowolnie uśmiechnęłam się. Czułam, że jest blisko mnie. Czułam Jej zapach. Czułam Jej obecność. Jej Energia była prawie namacalna. Muzyka grała naprawdę głośno. Odbierałam z zewnątrz sygnały jak podmuchy wiatru, co teoretycznie było niemożliwe, a praktycznie z mojego punktu widzenia w takich stanach wszystko jest możliwe.
Nie wiem, jak wyglądało przygotowanie całego procesu. Nie wiem, kiedy i jak się zaczynał. Nie wiem, jak otwiera się przestrzeń na takie doświadczenia. Wiem jak robię to sama, przy prowadzonych przeze sesjach i wiem, że tu „nie było na to czasu”. Choć dziś, kiedy o tym myślę, mam wrażenie, że wtedy, gdy zamknęłam oczy czas przestał istnieć. Bo to wszystko działo się poza mną. Poza każdym z nas obecnych. Oddałam się Jej. I Jej. Oddałam siebie prowadzeniu „Czegoś”, co doskonale wiedziało co robi.
Płynęła. Tak jak chciała. Wszędzie. We wszystkich kierunkach. Sama wybierała drogi. Sama wybierała miejsca. I sposoby. Wiedziała, co dla mnie dobre, a ja starałam się robić wszystko, żeby Jej nie przeszkadzać. Być może to właśnie dlatego jak na pierwszy raz udało mi się wejść tak głęboko. Jej płynąć tak głęboko.
Łkałam. Łzy płynęły jakby w zwolnionym tempie. Nie do końca czułam, że mają miejsce na ujście takie, jakie sama chciałabym im dać. Czułam potrzebę wypuszczenia wszystkich emocji tak mocno, ale jednocześnie nie wiedziałam, którędy mogłabym sobie na to pozwolić. Przypomniało mi się w tamtej chwili, że obiecałam sobie samej porzucić oczekiwania i nie pozwolić im napływać w żadnym momencie. Obiecałam przecież, oddać się na prowadzenie tej Sile Wyższej, która wiedziała co robi. Byłam pod fantastyczną opieką niesamowitej Istoty, która wiedziała co robić, aby mi pomóc. Czułam się przecież bezpiecznie.
Moje ciało drżało na różne sposoby. Raz mocniej, raz lżej. Raz mi było ciepło. Raz zimno. Zewnętrzne światło raziło mnie w oczy do tego stopnia, że żałowałam, że nie mam na nich opaski. I znów dostrzegając, że dopuściłam umysł do procesu spoliczkowałam sama siebie mentalnie, aby wrócić na właściwe tory.
Utwór się skończył. Zastygłam na moment. I wtedy się zaczęło. To było dla mnie. Niezależnie kto i co powie. Tamte chwile były dla mnie. Bo jeśli mnie naprawdę znasz, czytasz, lub dopiero poznajesz i zapamiętujesz to czym się dzielę – wiesz. Wiesz czym jest Experience Ludovico Einaudi. I dla Ciebie nie muszę się już powtarzać.
Moje ciało wiedziało zanim umysł zdążył zrozumieć, co się dzieje. Dlatego trzeba nauczyć się poddawać temu czego z racjonalnego punktu widzenia nie da się wytłumaczyć w logiczny sposób. Łzy drążyły wąziutkie korytarze. Poszerzając je bardzo ostrożnie, bo ta fala nie mogła uderzyć znienacka. Nie zdążyłabym na nią zareagować. Ciało wykonywało przedziwne, ale jednak delikatne ruchy, tylko po to, aby pomóc mięśniom się rozluźnić. Nie mogły być spięte, bo nie pozwoliłyby odpłynąć temu co nie potrzebne. Zatrzymałyby wszystko w środku, tak jak to robiły do tej pory. Ciało zastygło, a kiedy do moich uszu napłynęły pierwsze nuty Experience rozbrzmiewające tak głośno, że mój mózg nigdy nie doświadczał ich w tak wysokich częstotliwościach, nagle wszytko wybuchło.
Gdzieś z oddali usłyszałam krzyk i szloch. I nie mogę potwierdzić na pewno, że nie były one moje. To było autentyczne odczucie wybuchu wszystkich dostępnych mi na tamten czas emocji. Doświadczanych ze zdziesiątkowanie zwielokrotnioną siłą (o ile takie wyrażenie istnieje, jeśli nie, dzień dobry, właśnie stworzyłam nowe) we wszystkim tym, czym byłam na poziomie ciała i umysłu, w rzeczywistości, w której się znajdowałam.
W tamtej chwili nie byłam już sobą. Nie było mnie w Rzeszowie, leżącej na macie w szkole jogi, otoczonej czternastoma Osobami przechodzącymi jednocześnie przez swoje procesy, wydającymi potrzebne sobie dźwięki, krzyki. Czułam, że mam ciało, ale jednocześnie nie utożsamiałam się z jego posiadaniem. Nie utożsamiałam się z byciem swoim ciałem. Ono wierzgało. Poruszało się w różnych kierunkach. Wyginało się w zakresy, których świadomie nie udało mi się jeszcze osiągnąć. Rodziło się w nim, budziło się COŚ, co potrzebowało przestrzeni do tego, aby rozkwitnąć.
Niezależnie od tego jak bardzo egzorcystycznie może to wszystko brzmieć czy wyglądać, piękna jakie czułam w tamtej chwili nie da się opisać dostępnymi dla mnie sposobami. Możliwe, że patrząc na to z boku można by stwierdzić, że trudno uwierzyć, że się wtedy nie bałam. Nie. Nie bałam się. Doskonale wiedziałam co robię. Doskonale potrafię siebie słuchać. Wyczuć, co jest dobre. Czego moja Dusza potrzebuje. Wiedziałam, że to nie jest w stanie wyrządzić krzywdy. I doskonale wiedziałam do Kogo zwrócić się po „pomoc” do przeprowadzenia mnie przez ten kolejny etap podroży w którą wyruszyłam już jaki czas temu. Sama Ją wybrałam.
I trudno się oprzeć wrażeniu, że nie mogłam wybrać inaczej. Synchroniczności jakich doświadczam w swoim życiu nadal nie przestają mnie zaskakiwać. Tak jak wybór przez Nią właśnie tego utworu. Mając do „dyspozycji” piętnaście procesów, którym trzeba pomóc Ona wybrała w tamtej chwili mój. I kiedy ja weszłam w swój najgłębiej, bo wiem, że tamta chwila była napisana Jej Energią, Jej czynami i Jej decyzjami prowadzonymi przez Wszechświat ze specjalną dedykacją dla mnie samej, poczułam Ją obok. Jej zapach. Jej obecność. Jej Energię. Subtelne dźwięki jakie zaczęła wydawać. A później Jej dotyk wszędzie tam, gdzie trzeba było pomóc ciału puścić. Bo to ciało jest bardzo solidnym domem. Bardzo twardymi ścianami, które chcą chronić naszą Duszę i wcale nie jest łatwo się przez nie przebić.
Ona to potrafi. Ona wie jak. I jednocześnie potrafi zbudować w niewiarygodnie intymnych chwilach połączenia własnej Energii z esencją mojej Duszy, takie poczucie bezpieczeństwa, że najbardziej solidne mury mogą na kilka chwil runąć i pozwolić Duszy wziąć najgłębszy możliwy oddech, który pozwoli „Czemuś” nowemu wznieść mnie wyżej. Ona ma super moc.
To był przełom w całym tym doświadczeniu. Wiem, że to był mój moment. Ten najważniejszy. I czułam się w nim mocno zaopiekowana. Za co wdzięczność wzrusza do szpiku kości. Mój proces trwał do ostatniej chwili. Do ostatniego dźwięku. Do ostatniego momentu zakończenia. Raz silniej, raz słabiej. W najróżniejszych reakcjach ciała. W najdziwniejszych jego ruchach i jego poszczególnych części. Płakałam. Wyłam. Drżałam. Wierzgałam. Krzyczałam. Szeptałam. Mruczałam. Ruchy były pełne. I izolowane. Energia płynęła we mnie jak rwąca rzeka. Płynęła we wszystkich możliwych dla siebie kierunkach. Raz silniej raz słabiej. Krew pulsowała, wzbierała, przyspieszała i zwalniała. Serce biło, tłukło się, waliło, a później dudniło. Czasem biło jak dzwon.
Wydarzyło się we mnie tak wiele, że nadal trudno mi w to uwierzyć. A kiedy wszystko się zatrzymało byłam tak wyczerpana jak nigdy dotąd. Kiedy otworzyłam oczy, które przez całą sesję raziło światło okazało się, że jest ciemno. Światła świecą się owszem, ale gdzieś za mną, tak subtelne, że fizycznie było niemożliwe, aby je dostrzec pod zamkniętymi powiekami.
W jednej chwili tak rozbolała mnie głowa, że zastanawiałam się, czy będę w stanie podnieść ją z maty. A kiedy już się to udało, usiedliśmy i padło pytanie: „Jak się czujecie?” Odpowiedziałam od razu: przeczołgana. Bo nigdy, przenigdy nic mnie tak jednocześnie fizycznie, emocjonalnie i psychicznie nie przeczołgało. Byłam wyczerpana. Próbowałam złapać się jakichś konkretnych myśli, ale nie potrafiłam. Minęła około godzina, a ja czułam jakby to było bardzo intensywne 15 minut.
I tak to sobie wszystko we mnie dziwnie płynęło. Przez całą drogę do domu. Głowa nie przestawała mnie boleć. Cały czas przypominałam sobie nowe doznania podczas sesji. Opowiadałam o nich i jednocześnie miałam poczucie, że nie jestem w stanie przekazać słowami tego, co w rzeczywistości się faktycznie wydarzyło. Tak jakby nie było na to odpowiednich słów.
Głowa przestała mnie boleć dopiero kiedy usnęłam. Odpłynęłam i wtedy przestałam to czuć. Nie pamiętam, kiedy ostatnim razem miałam tak głęboki i mocny sen. Kolejnego dnia towarzyszyła mi non stop muzyka z sesji. Odtwarzałam ją w kółko. Nie byłam w stanie skupić się na niczym innym. Moje wszystko potrzebowało tych dźwięków. Zgodnie z zaleceniem uziemiłam to, co się wydarzyło. I z wewnętrzną potrzebą płynęłam calusieńki dzień w tych samych rytmach, przetwarzając tamte emocje. Musiałam dać sobie czas na to, aby wszystko się we mnie powoli układało i integrowało. Mój organizm sam dał sygnał, kiedy powinnam skończyć, bo znów tak silnie rozbolała mnie głowa.
I w ten sposób, od tamtej chwili mocno słuchając siebie pozwalam temu płynąć, tak jak chce. A kiedy czuję, że rzeczywistość odrywa mnie zbyt mocno i na zbyt długo ze stanu, w którym czuję się już naprawdę bardzo komfortowo, wystarczy, że włączę dźwięki z tej lub każdej innej Aktywacji i po kilku chwilach znów jestem na właściwych torach.
Zmiany zaczęłam dostrzegać praktycznie od razu. Pierwszą była ta zachodząca we mnie. Ta, która odzwierciedlała się nowym odbiorem rzeczywistości. Takim głębszym doświadczaniem codzienności. Ludzi, natury, dźwięków, smaków, kolorów, zapachów. Czuję głębszy wewnętrzny spokój. Niekiedy przełamywany łzami, ale one czasem muszą popłynąć. Przecież oczyszczają. Wszystko jest potrzebne. Widzę więcej piękna na zewnątrz w zwykłej codzienności. W zwykłych czynnościach i sytuacjach. Mam wrażenie jakbym otworzyła oczy szerzej i zaczęła dostrzegać, coś co mi zawsze gdzieś umykało. A to coś nawet trudno jest jakoś zdefiniować. Po prostu to czuję.
Po dwóch dniach dostałam powiadomienie o tym, że zostałam przyjęta na Kurs, na który czekałam prawie rok. Na który się nastawiałam, przygotowywałam. Na który prawdę powiedziawszy będąc na liście rezerwowej porzuciłam wiarę w to, że się dostanę. Wszystko układało się tak, że po nacisku jaki sama na siebie nakładałam przez tak długi czas, po prostu postanowiłam odpuścić. Bo przecież jeśli coś jest dla mnie to dostanę szansę. A skoro jej nie dostaję, to nic na siłę nie zrobię. I kiedy naprawdę z ręką na sercu i z uśmiechem na ustach powiedziałam sobie, że to też jest ok i spróbuję za rok, a teraz skupię się na czymś innym, bo sama Aktywacja była huge, przyszedł mail informujący, że jadę. Mało tego, wcale nie zostało dużo czasu na przygotowania.
Troszkę mnie to przeraziło w pierwszej chwili. Do momentu, w którym wróciłam na tor, na którym zostawiłam już przygotowane na takie sytuacji tabliczki informujące, że dostaję to, bo jestem gotowa. I, że nie mogę stchórzyć, bo wszystko zepsuję. I czuję, że to będzie przełom. Dlatego nie tchórzę. Podjęłam rękawice. Bo kolejnym razem wcale nie musi się udać. A ja obiecałam sobie kiedyś nie marnować już szans i nie tracić okazji.
KAP w pierwszej chwili może się wydawać przerażająca. I nie, to nie jest dla każdego. To nie jest zabawa. I nie każdy jest gotowy na takie przeżycia. Nie każdy jest gotowy na zmiany jakie ze sobą niesie. Nie każdy musi przeżyć to co ja. Bo to nie my decydujemy o tym jak nasze doświadczenie w trakcie takiej sesji będzie wyglądało. Ile jesteśmy gotowi przyjąć. Wszystko zależy od naszej otwartości na proces. Ale jeśli Cię woła – posłuchaj.
Ja od pewnego momentu byłam bombardowana informacjami na ten temat. „Przypadkiem” odnalazłam Victorię https://www.instagram.com/kundalini.pl?igsh=MWo5bTRnYjE3YWl5aA==, która śmignęła mi na jakiejś rolce, a której przez długi czas nie byłam w stanie odnaleźć, bo nawet nie wiedziałam jak Jej szukać. Nie chciałam nikogo innego. Dlaczego? No nie mam zielonego pojęcia. Ja Ją chyba po prostu od początku czułam. Słucham siebie coraz częściej i byłam cierpliwa. Moja intuicja się nie myliła. Wiedziała, że to jest Osoba, której mogę zaufać.
Patrzę na takie Osoby trochę innym okiem. Zaglądam „za kurtynę”. Dostrzegam ogrom pracy jaką wkładają. To nie jest proste. Ona dźwiga nasze procesy. Kilka procesów naraz. Niekiedy bardzo ciężkich. Pomaga wyciągać to, co próbuje w ten czy inny sposób się wydostać. To wymaga ogromu wewnętrznej siły i odwagi. Nie każdy potrafi trzymać przestrzeń dla takich rzeczy. Nie wiedziałam na co się piszę tak naprawdę. Bo nigdy nie próbowałam. A może właśnie wiedziałam? Moja podświadomość wiedziała.
I przysięgam, całą sobą czułam, że niczego do tamtej pory nie potrzebowałam bardziej w swoim życiu jak tego doświadczenia. Dlatego popłynęłam w nie bez totalnie żadnej większej refleksji nad tym czy powinnam czy nie. I wiem, że wszystko, absolutnie wszystko ułożyło się tak, abym tym procesem mogła wejść w kolejny etap podróży, który pojawił się praktycznie natychmiast. I wiem, że kiedy wrócę, spróbuję KAP jeszcze raz. Bo moja Dusza chyba nigdy nie wyrażała się głośniej i bardziej dosadnie o tym czego potrzebuje.
Rzuciłam sobie bardzo konkretne wyzwanie. Mam przeczucie, że od jutra nic już nie będzie takie samo ![]()
P.S. Dziękuję, że jesteś
P.
Ten post ma 4 komentarzy
Będzie nie tylko lepiej❤️
Trzymam kciuki moja fighterko😊
Kocham ❤️
💙
🤍