Step out of the circle of time

And into the circle of love

~ Rumi

 

***

 

„Nie mam czasu”. To ciekawe jak często słyszę to zdanie z ust najróżniejszych osób. Sama go mocno nadużywałam w swoim życiu. Nie powiem, bo nadal zdarza mi się do niego wracać, zwłaszcza odkąd wszystko tak przyspieszyło, ale dziś naszła mnie refleksja odnośnie tego stwierdzenia. Być może sama potrzebuję na chwilę się zatrzymać, uświadomić i na tyle na ile to możliwe wyeliminować jego stosowanie w życiu.

Za każdym razem, kiedy myślę o tym zdaniu lub gdziekolwiek je usłyszę przypominają mi się mądre słowa, które usłyszałam od Kogoś bardzo ważnego. Kto nieświadomie – dziś z ręką na sercu mogę powiedzieć – uratował mi życie. W. – z tego miejsca chciałam Ci podziękować, bo nie wiem, gdzie i czy bym była, gdyby nie wszystko tamto niezamierzone, nieplanowane i przede wszystkim zupełnie niekontrolowane… 🫶🏼

„Wszyscy mamy 24 godziny”. I jasne, rozumiem, że zdecydowana większość osób jakby chciała to by mnie pogryzła, bo co ja wiem o życiu i braku czasu, skoro nie mam dzieci. No nie mam, ale mam inne obowiązki, zobowiązania, zainteresowania i nieustannie pracuję ze sobą, nad sobą, uczę się i to są rzeczy, których po mnie na co dzień nie widać i takie, którymi się wszem i wobec nie chwalę. Co nie oznacza, że nie robię nic i nie mam prawa czuć, że doba jest dla mnie zdecydowanie za krótka. Nie oceniaj jak nie wiesz.

To nie jest kwestia braku czasu, a jedynie brak umiejętności organizowania własnego czasu i ustalania priorytetów. Przegląd całego dnia od deski do deski. Uświadomienie sobie jak bardzo zaśmiecamy własne życie niepotrzebnymi zachowaniami, rozmowami (nic nie wnoszącymi poza negatywną energią i negatywnymi emocjami), scrollowaniem Internetów z pierdołami, które jedynie ogłupiają, oglądaniu bzdur w telewizji… Mogłabym tak wymieniać i wymieniać. Kiedy marnuje się czas na głupoty, zaczyna go brakować na wartościowe rzeczy.

I co najważniejsze w tym wszystkim. Nieustannie biegniemy. Od punktu do punktu. Od zadania do zadania. Chcemy zrobić jak najwięcej naraz, choć niekiedy rzeczy wykonywane są po łebkach, bo nie poświęcamy im wystarczająco dużo uważności. To, czego nauczyła mnie Vipassana i sama zauważyłam po sobie, to fakt, że im więcej i szybciej, tym mniej i jeszcze szybciej. A im mniej i wolniej, tym więcej i jeszcze wolniej.

Nie potrafię tego racjonalnie wytłumaczyć, ale zauważyłam, że kiedy chcę biec na spacer przed zajęciami o 17:20, mam do dyspozycji na przykład 40 minut, kładę na siebie nacisk, że dziś mało chodziłam, potrzebuję spaceru, potrzebuję oddechu, potrzebuję mojego już innego lasu i biegnę zamiast iść. Okazuje się, że czas ucieka z prędkością światła, lasów przez które przechodzę prawie w ogóle nie zauważam, bo nie dość, że non stop zerkam na zegarek i rozkminiam, czy nie pójść jednak drogą na skróty, żeby się nie spóźnić, to non sto wyciągam telefon, żeby coś komuś, albo ustawić przypomnienie, że coś muszę zrobić. A ostatecznie jestem na zajęciach na styk, przebieram się w szale i jestem spocona jak mysz.

A dla porównania, kiedy postanawiam się nie przejmować tym, co będzie później i jutro i za tydzień, czy kiedykolwiek. Mówię sobie, że to czas dla mnie i tylko dla mnie. Idę spoglądając w niebo co jakiś czas, podziwiając chmury, oglądając mijane drzewa, uśmiechając się do psiaka, który nagle idąc z naprzeciwka przystaje, żeby mi się przyglądnąć. Idę ze spokojem. Nie wyciągam telefonu. Nie kontroluję ciągle czasu. Idę tą samą drogą.

W miejscu, w którym ostatnim razem w szale sprawdzałam, ile mi jeszcze zostało i decydowałam się na drogę na skróty okazuje się, że mogę wybrać zdecydowanie dłuższą drogę. Co więcej, kiedy dotrę do celu mogę się jeszcze chwilę pokręcić w okolicy, bo tak dużo czasu mi jeszcze zostało. A nawet udaje mi się wstąpić do Biedronki z nadzieją na ulubione kiełki, które są chyba ulubionymi wszystkich, którzy robią tam zakupy. I o dziwo okazuje się, że są, choć nie ma ich NIGDY i w ogóle od miesiąca, bo ostatnio zawsze wpadałam tam będąc na gazie.

Im wolniej żyję, tym wolniej płynie mi czas. W tej właśnie chwili, w której jestem. Nie szukam racjonalnego wytłumaczenia tego zjawiska. Niespecjalnie mi zależy, aby je zrozumieć. Tak już jest. Sprawdziłam na własnej skórze. Polecam skosztować.

Dążę do tego, że często rzucamy sobie wyzwania i to kilka naraz. Nie do spełnienia. Nie potrafimy uporządkować na tyle codzienności, aby się w niej odnajdywać. Zaczynamy się gubić w natłoku zadań do wykonania, planów, które trzeba wykonać w całości. Jesteśmy wiecznie sfrustrowani, wściekli, chce się nam płakać z bezsilności i z każdym dniem pogłębiamy ten stan, aż ostatecznie wybuchamy i wtedy jest już naprawdę źle.

Nie trzeba. Czasem wystarczy coś odpuścić. Sobie odpuścić. Nie mam problemu z odpuszczaniem głupot, bo wyeliminowałam je ze swojego życia. Nie chcę go zaśmiecać. Nie chcę zaśmiecać głowy, którą tak dobrze udało mi się jakiś czas temu oczyścić. Polecam przefiltrować swój dzień od deski do deski i zastanowić się z czego warto zrezygnować, co warto odpuścić, co przełożyć na inny dzień, a czemu poświęcić 100% uwagi i uważności, aby naprawdę było wykonane tak jak powinno.

Na dzień dzisiejszy próbuję się odnaleźć w swojej rzeczywistości, która zmienia się z dnia na dzień nie do poznania. Uczę się rezygnować z pewnych rzeczy, przebudowywać inne, ustalać nowe priorytety, w tym wszystkim nie zapominać o sobie i przede wszystkim nie zwariować. Czy mi to wychodzi? Czasem średnio, ale duże przełomy potrzebują więcej czasu na wyregulowanie i dostrojenie.

Nie poświęcajmy swojej energii na rzeczy, których robienie podbija naszą frustrację. Nie wmawiajmy sobie, że musimy dziś przeczytać rozdział tej książki, bo dawno nie czytaliśmy, a ostatecznie nie rozumiemy ani jednego zdania ze wszystkich przeczytanych, bo jednocześnie tworzymy listę zakupów. Zrezygnujmy z gotowania fensi kolacji na rzecz szybkiej zdrowej „miski szczęścia”, bo przecież świat się nie zawali, najważniejsze, żeby nie jeść na szybko „gówna”.

Nie idźmy na trening, kiedy mamy wrażenie, że zaraz wybuchniemy, przestańmy sobie wmawiać, że tylko to jest mnie w stanie uspokoić, bo się wyżyję. Nie scrollujmy Internetów przez godzinę w poszukiwaniu śmieci, które na chwilę nas rozśmieszą, a w ostatecznym rozrachunku dodane do tych wczorajszy, przedwczorajszych, jutrzejszych itd. dadzą nam 7 zmarnowanych godzin w tygodniu, których już nigdy nie odzyskamy, nie odscrollujemy, nie odzobaczymy i nie zamienimy na wartościowe 7 godzin poświęconych zdrowiu psychicznemu.

A jakby tak zamiast tego znaleźć ciche miejsce, usiąść i po prostu być? Zamknąć oczy i wsłuchać się w siebie? Spróbować poczuć zapach miejsca, w którym się znajdujesz? Usłyszeć dźwięki? Poczuć przestrzeń?

Nie możesz się skupić? Skieruj uważność na oddech. Próbuj oddychać „do dolnych żeber”, przeponą, myśl o tym jak przy wdechu żebra „rosną”, a przy wydechu „kurczą się”. Wypróbuj tzw. oddech pudełkowy. W 5 cyklach. Bez przerw, wdech na 4 sekundy, zatrzymanie na 4 sekundy, wydech na 4 sekundy, zatrzymanie na 4 sekundy, wdech na 4 sekundy, zatrzymanie na 4 sekundy… i bądź ze sobą w tym spokoju.

Albo po prostu wtul się w ukochane ramiona, lub zagarnij w swoje Kogoś kogo kochasz. Zastygnij i poczuj ten ulubiony zapach. Zaciągnij się nim. Zsynchronizuj swój oddech z tym drugim oddechem. Oprzyj czoło o czoło. Dotknij dłonią, tak po prostu. Pogłaskaj. Wtul jeszcze mocniej. We włosy, w to miejsce pomiędzy szyją, a obojczykiem. W cokolwiek. Bądź, najnormalniej w świecie, bądź z Nim, z Nią… Tylko bądź nic więcej.

Niezależnie od tego, co mamy w życiu. Jak się ono ułożyło. W każdym, absolutnie każdym można znaleźć coś, co sprawi, że zachce nam się żyć jeszcze mocniej. Wiem, bo robię to od bardzo dawna. Choć dziś spokój osiągam w troszkę inny sposób niż zaledwie kilka tygodni temu i czasem przychodzi smuteczek za niektórymi możliwościami, to przecież mam to o czym marzyłam od zawsze i nie zamieniłabym Tego na nic innego.

Wiem, że dziś jestem tu, gdzie jestem tylko dlatego, że się nie poddałam. Swoim osądom, osądom innych, ich filozowaniu. Ocenianiu mnie, mojej sytuacji życiowej, moich „wymagań”, tego co głoszę. Rozkładaniu mnie, mojego podejścia do życia, przekonań, wiary w niemożliwe na czynniki pierwsze. Słowom, które raniły. Współczuciu, którego nie potrzebowałam.

Zatrzymywałam się. Wielokrotnie. Zwalniałam i rezygnowałam z wielu rzeczy, z których rezygnacja wydawała się być niemożliwa. Na rzecz bycia. Ze sobą. Bo w sobie wszystko znalazłam. Od siebie zaczęłam i ode mnie wszystko tak naprawdę się zaczęło. Znalazłam swoją ciszę, swoje rytuały, byłam sama. Bardziej niż sądziłam, że to możliwe. Cholernie się bałam. Nikomu o tym nie mówiłam. Nikt nie wiedział tak naprawdę z czym się mierzę. Starałam się nie narzekać, tylko wyciągać lekcje. Upadałam wielokrotnie, ale zawsze się podnosiłam. Ani raz nie zwątpiłam, że wybrałam dobrą ścieżkę. Trwałam w tym, bo pokochałam siebie na tyle mocno, że wiedziałam, że moja intuicja nigdy mnie nie zawiedzie. Skoro raz na pewno uratowała mi życie.

Zaufałam sobie i wiedziałam, że jeśli nie zwątpię, pozwolę sobie prawdziwie czuć, podejmę bardzo trudne decyzje, których większość świata nigdy nie zrozumie i się z nimi nie pogodzi. Jeśli pozwolę sobie rozdrapywać stare rany, grzebać w nich doszukując się początku, wszystkimi dostępnymi metodami będę leczyć to, co wymaga uleczenia, będę płakać i wyć do utraty tchu, zarywać noce przez niekończące się grzebanie w sobie. Korzystać z narzędzi, które tak po prostu pojawią się na mojej drodze. Uczyć się zawzięcie rzeczy, które w moim świecie mogą uchodzić za szatańskie. I po wielokroć ufać, ufać, ufać (…) sobie i temu, że wiem, że zasługuję na więcej niż ochłapy, to wszystko się w końcu ułoży.

I tak ostatnie miesiące pokazały jak wiele teoretycznie niemożliwego może pojawić się na mojej drodze. Jak wiele praktyk wymagających jedynie poświecenia na nie czasu, zmiany utartych schematów myślowych i wyjść ze stref komfortu może nakręcić kołowrotek zmian. Jak znikąd może pojawić się Ktoś, kto zupełnie nagle, bez presji stał się jednocześnie najmagiczniejszym Przyjacielem, Nauczycielem i Mentorem, kto zaraz poprowadzi mnie jeszcze bardziej i jeszcze głębiej w miejsca, które nie sądziłam, że są w ogóle dla mnie dostępne. Kto odkrył we mnie taki potencjał, o jaki sama siebie nigdy nie podejrzewałam.

I najważniejsze. Że to wszystko sprawi, że odnajdę największe w życiu szczęście. Najprawdziwszą miłość. Niczym niewymuszoną. Nagłą. Nie wiadomo skąd. Nie wiadomo jak. Bezinteresowną. Bez oczekiwań. Bez wymagań. Tak czystą. Tak dobrą. Tak prawdziwą, że łezka wzruszenia w oku kręci się na samą myśl. Która płynie tak naturalnie, że czasem aż trudno nadal uwierzyć, że to fizycznie możliwe w świecie, w którym tak wiele już doświadczyłam i widziałam na własne oczy przez te wszystkie lata.

Każdy kroczek w życiu ma znaczenie. Bo każdy prowadzi nas powolutku do zmiany, jeśli jesteśmy na nią gotowi. W tym przypadku zaczęło się od dwóch podjętych przeze mnie decyzji, których jeszcze dwa lata temu nie miałabym odwagi podjąć, choć wcale nie były trudne, a tym bardziej nie zapowiadało, że spowodują jakiekolwiek przełomy, a ostatecznie okazało się, że były kluczowe, aby dziś być właśnie tu. Musiałam schować introwertyzm do szuflady, co wcale nie było łatwe, ale aby to zrobić potrzebowałam wielu miesięcy żmudnej pracy na bardzo głębokim poziomie. Nie mając pojęcia w jakie miejsca mnie zaprowadzi.

Wszystko jest możliwe. Jak? Po prostu odpuść. Przestań czekać. Przestań zaśmiecać myśli tym jak bardzo chcesz, żeby się stało, żeby się działo. Zatrzymaj się. Bądź. Zauważ jak wiele masz. Przestań oglądać się na innych i zacznij od siebie. Im więcej złego widzisz w innych, im więcej o tym mówisz i myślisz, tym więcej masz do przepracowania w sobie. Jeśli chcesz mieć więcej czasu przestań marnować czas. Szkoda życia. Bo nawet ja, choć od dłuższego czasu bardzo optymistycznie na nie patrzyłam, nieważne co, to jednak nadal łapię się czasem za głowę z niedowierzaniem jak piękne jest. Jak piękne mam. Jak magiczne mamy ✨

Życzę Ci, abyś zrozumiał*, co jest w nim najważniejsze i wreszcie zacz*ł* żyć. Tak prawdziwie. Bo życie to cud. Jak to zrozumiesz okaże się, że niemożliwe nie istnieje ✨

 

P.S. Dziękuję, że jesteś 🤍

P.

Ten post ma 4 komentarzy

  1. Malwina

    Gościu, siądź pod mym liściem, a odpocznij sobie! Nie dojdzie cię tu słońce, przyrzekam ja tobie ..

    Czasami trzeba się w końcu zatrzymać ❤️ dziękuję doczekałam się 😘❤️

  2. No ja

    Piękny ten wpis 🥺

Dodaj komentarz