Uwaga, dla odmiany, na początek będzie ćwiczenie. Serio, nie żartuję. Poniżej instrukcja. Chodzi o to, żeby Cię na chwilę zatrzymać.
Zamknij oczy. Postaraj się na te kilka chwil wyłączyć myślenie o wczoraj, jutro, przed chwilą, za godzinę. A teraz skup się na swoim oddechu. Dla odmiany, niech to nie będą takie oddechy jakie zwykle wykonujesz, w ogóle się nad nimi nie zastanawiając. Weź wdech do brzucha. Niech Twój brzuch maksymalnie się napełni, powiększy, a przy wydechu całe powietrze, które się z niego ulatnia, skieruj w stronę pleców. Takich oddechów wykonaj dziesięć. Następnie weź jeden bardzo głęboki wdech i wtrzymaj powietrze na kilka sekund, a później je powoli wypuść. Nie otwierając oczu, skup się na sobie. „Wejdź w siebie”. Poczuj energię, która subtelnie porusza się w całym Twoim ciele. A teraz odpowiedz na pytania: co czujesz? I czy naprawdę czujesz? Wiesz, co to znaczy czuć?
Kwestia tego, że jesteśmy niedotlenieni, bo nie potrafimy prawidłowo oddychać, to jest temat na poemat. Nie chciałabym się w niego zagłębiać. Żaden ze mnie ekspert w tej materii, ale polecam się nim zainteresować. Nie zdajemy sobie sprawy z tego, jak ważny w naszym życiu jest oddech. Kompletnie go nie doceniamy. A bez niego przecież byśmy nie żyli. Świadomy oddech i ćwiczenia oddechowe to zupełnie darmowe i dostępne na wyciągnięcie ręki narzędzia, które mogą wspierać nasze zdrowie, ale również pomagać radzić sobie chociażby ze stresem.
Wracając do tematu.
Dziś podczas moich porannych rytuałów doznałam olśnienia. Zerknęłam przelotnie na książeczkę, która od kilku dni czeka na stoliku, na swoją kolej. Moją uwagę przykuł jej tytuł. Doskonale go znam, ale dziś popatrzyłam na niego zupełnie inaczej. Ta książeczka to kolejna z serii Neville’a Goddard‘a, rozpoczynającej się Potęgą świadomości. Tytuł tej, którą mam na myśli to Sekretem jest czucie. Nie piszę tego chcąc zagłębiać się w treść tych książek, osobiście je polecam każdemu kogo interesują tematy takie, jak podświadomość, świadomość, prawo założenia itp. Nie w tym rzecz. Chodzi o ten tytuł, który uświadomił mi dziś, że to jest chyba moje życiowe odkrycie. Fakt, że największym sekretem jest właśnie czucie. Że to w czuciu jest prawdziwy sens wszystkiego. Takie czucie, które dopiero dziś rozumiem. Takie, które dawno temu powoli zaczynałam poznawać, nie wiedząc do końca, gdzie to wszystko zmierza. Już gdzieś wspominałam, że w rok może się zmienić wszystko. I tak było też w moim przypadku. Ale dziś zrozumiałam, że stało się to tylko i wyłącznie dlatego, że nauczyłam się prawdziwie czuć.
Droga, którą przeszłam do tej pory nie była łatwa, ale z perspektywy czasu wiem, że była potrzebna. Wszystko właśnie dziś złożyło mi się w jedną piękną całość. To, co było, jest składową tego kim się staję i gdzie zmierzam. Zaczynając błądziłam jak dziecko we mgle. A zaczęłam już dawno temu, od praktykowania wdzięczności, od medytacji, które porzuciłam na długi czas, bo dostałam od życia strasznie w pysk. Z racji obrazy na niesprawiedliwość jaka na Nas spadła, przeżyć wewnętrznych z tym związanych, braku wiary, nadziei, czy w ogóle poczucia sensu. Nie był to łatwy dla mnie czas. Jednak dół, w którym się schowałam przestawał być wygodny. Nie było mi w nim komfortowo. Nie podobało mi się tam w ogóle. Jednocześnie nie potrafiłam z niego wyjść na dłużej, bo trochę jakby bałam się życia. Straciłam poczucie stabilizacji już w zasadzie na dobre, o poczuciu bezpieczeństwa nie wspominając. Ale jakaś niewidzialna siła ciągnęła mnie do góry i jakimiś „dziwnymi przypadkami”, w które przestałam wierzyć, zaczęła mi podsuwać coraz to nowsze i ciekawsze narzędzia do pracy.
Czytałam i słuchałam namiętnie wszystkiego, związanego z rozwojem osobistym, co wpadało mi w ręce. Byłam tym coraz bardziej zafascynowana. Pracowałam ze sobą na coraz głębszym poziomie, bo rozpaczliwie chciałam się wydostać. Odważyłam się zacząć szukać spokoju tam, gdzie wszystko się zaczyna i tam, gdzie tak naprawdę wszystko się kończy. Czyli w sobie samej. Co wcale nie jest łatwe. I wymaga nie lada odwagi. Oj, jakie to było niewygodne. Oj jak bardzo mnie gniotło, jak bardzo się tego wszystkiego bałam. Jaki bunt podnosiłam na samą siebie. A jednocześnie czułam gdzieś w środku, że to jest potrzebne. Coś we mnie zaczęło się zmieniać, coś zaczęło się dziać. Nawet nie potrafię dokładnie określić co, bo fizycznie nie działo się praktycznie nic, ale miałam wrażenie, że toczył się we mnie jakiś proces, który prowadził tam, gdzie powinnam się znaleźć.
To z czym pracowałam wywalało mi na wierzch szambo, o którego istnieniu nawet nie miałam pojęcia. Jednocześnie na zewnątrz żyłam w chaosie, który spadł na mnie niespodziewanie i w który zaplątałam się udając, że nie dostrzegam materializujących się przed oczami znaków, próbujących mnie powstrzymać. Byłam nieustannie testowana, a jednocześnie musiałam być w tym wszystkim silna. Walczyłam, pracowałam z tym co w środku i jednocześnie próbowałam zrozumieć to, co działo się na zewnątrz. Był to czas, kiedy zaczynałam doświadczać mocniejszych przebłysków czucia. Wiedziałam, ale nie do końca potrafiłam je zdefiniować, a już tym bardziej zatrzymać przy sobie na dłużej.
Któregoś pięknego dnia, zupełnie niepodziewanie, wszystko wybuchło z niewyobrażalną siłą, a ja znalazłam się pośrodku zgliszcz spalonego świata, który od dłuższego czasu próbowałam budować. Trudno mi było uwierzyć we wszystko, co się wydarzyło. Ale jednocześnie to, co rozbudzało się we mnie, dało mi tak niepohamowane pokłady siły do posprzątania powstałego bałaganu, że bardzo szybko znalazłam sens w tej lekcji. Stałam się chodzącym dowodem na to, że jeśli jest się wystarczająco zdeterminowanym, dobro zawsze zwycięży zło. Poczucie ulgi, niezależnie od tego jak bardzo bolało, trudno było ubrać w jakiekolwiek słowa. Szybko się podniosłam, ale tylko i wyłącznie dlatego, że zdążyłam nieświadomie się na to przygotować. Droga, którą kroczyłam od pewnego czasu dała mi wszystko potrzebne do tego, żeby się pozbierać. Poza tym mam niewidzialną pomoc, która nie pozwoliłaby mi się poddać. Z takim wsparciem nie dało się inaczej.
Nigdy nie byłabym w stanie przewidzieć, że mój świat tak przyspieszy. Nie minęło wiele czasu. Kompletnie się nie spodziewałam. Żadnych zmian, żadnych przełomów. Nic. Przestałam sama z siebie czekać na cokolwiek. Przestałam wymagać od życia. Uczyłam się nie narzekać. Zaczynałam akceptować rzeczywistość i lekcje, które dostawałam do odrobienia. Zaczęłam dostrzegać sens w doświadczeniach. Wybaczyłam bez cienia wątpliwości i zostawiłam totalnie za sobą. Bez żalu, bez cierpienia i bez dziury w sercu. Z ulgą, że już mnie to nie dotyczy. A kiedy poczułam się nareszcie wolna wtedy TO się stało.
Zupełnie niespodziewanie. Za sprawą Cudu, który zmaterializował się tak nagle i tak pięknie, że na samo wspomnienie mam zawsze ciarki. Wtedy nie wiedziałam co, jak, dlaczego, po co? Te pytania kotłowały się z obydwu stron. Wiele się wydarzyło, niewiarygodnego, dobrego, pięknego, ale też smutnego. I wszystko układało się tak, żeby ten proces dopełnić w najdrobniejszych szczegółach. Dokładnie tak, jak to było z góry zaplanowane. I właśnie dziś. Wiem już co. Rozumiem jak. Potrafię pięknie opowiedzieć dlaczego. I jestem niesamowicie wdzięczna za to, po co. Dziś zrozumiałam, że wtedy urodziłam się na nowo. Na te kilka sekund zatrzymał się czas, a ja właśnie wtedy zaczęłam naprawdę żyć. Zaczęłam prawdziwie czuć. Prawdziwie oddychać. Wtedy jeszcze raczkowałam. Dziś czułabym to wszystko jeszcze mocniej. Ale przecież całe życie przede mną. Niejedno. Wycisnęłam z tamtych chwil tyle, ile gotowa byłam wtedy przyjąć. Być może więcej by mnie przerosło. Dlatego niczego nie żałuję. Niesamowite synchroniczności sprawiły, że z czegoś bardzo trudnego udało się nawet zdjąć jedną z warstw, że udało się dostrzec, gdzie był dość istotny problem.
Proces, przez który przeszłam do dziś, nie był łatwy. Nie da się zmienić sposobu myślenia od tak. Nie da się wyłączyć przyziemnych ludzkich uczuć, potrzeb, wyjść z ram, w których się żyło przez tyle lat i zaakceptować tak po prostu fakt, że jednak nie do końca będzie tak jak chciałam, czy się spodziewałam. Ale to nie była moja decyzja. A na to wszystko jest zupełnie inny plan niż zakładałam. Żeby to zrozumieć musiałam się otworzyć na coś więcej. A to coś więcej wymaga ogromu pracy wewnętrznej. Totalnego przewrócenia do góry nogami sposobu myślenia i widzenia rzeczywistości, czy otaczającego świata. Otworzenia tego Trzeciego Oka. Prawdziwego czucia, wszystkimi zmysłami. Ogromu wysiłku, upadków i wzlotów, odzierania się z warstw, które zostały nałożone nieświadomie. Zrozumienia rzeczy, które mało kto rozumie. Zaakceptowania faktu, że otoczenie tego nie wyjaśni, bo to nie są przyziemne sprawy, o które można zapytać każdego. To wymaga niegasnącej wiary, ogromu siły, determinacji, nieprzespanych nocy, zderzeń ze ścianą, poczucia braku zrozumienia, upadków na podłogę w bezsilności, a wszystko w imię walki. Dla siebie.
Cały ten proces jest żmudny i monotonny. Szczerze? Nie wiem nawet, czy kiedykolwiek się kończy. Potrafi niejednokrotnie wkurwić. Narazić na straty w ludziach. Ale w pewnym momencie okazuje się, że uczucie mrowienia, które mu cały czas towarzyszyło, to były niewidzialne skrzydła, które nagle tak po prostu wyrosły. Po to, żeby wznieść mnie ponad to, w co do tej pory wierzyłam i czemu ufałam. Po to, żeby pokazać mi, że jest coś więcej. Że to wcale nie jest koniec. Bo zaczęłam prawdziwie czuć. Dziś zrozumiałam, że te wszystkie puzzle z ostatnich miesięcy stworzyły mi przepiękny obraz świata, w którym zakochuję się każdego dnia na nowo. Doświadczając życia tak, jak nigdy nie potrafiłam go doświadczać. Nawet nie sądziłam, że to w ogóle jest możliwe. Że to wszystko, co mam, co mnie otacza jest tak piękne i tak bogate. Dopiero dziś to widzę, dopiero dziś to rozumiem. Przytrafił mi się Cud, który nieświadomie nauczył mnie prawdziwie czuć. I doskonale zdaję sobie sprawę z tego, że jeszcze wiele kryzysów przede mną. Takie po prostu jest życie.
To jest niewiarygodne jak bardzo ograniczone myślenie czasem mamy. Jak bardzo nie rozumiemy co w życiu jest naprawdę ważne. Skupiamy się na rzeczach, które w dłuższej perspektywie nie mają znaczenia. Zatrzymajmy się. Poczujmy. Wszystkimi zmysłami. Każdy z nich jest tak samo piękny. Tak samo ważny.
Są dwie książki, których nie przestanę polecać chyba nigdy. Uważam, że Alchemik i Potęga teraźniejszości powinny być lekturami obowiązkowymi dla każdego człowieka wkraczającego w dorosłość. Mało tego, powinno się je czytać wielokrotnie przez całe życie, bo w nich zawsze jest coś nowego do odkrycia. One otwierają oczy. Tak prawdziwie. Jeśli tylko pozwolimy sobie je naprawdę otworzyć. Jeśli pozwolimy sobie poczuć. Prawdziwy skarb nosimy w sobie, a znajdziemy go, kiedy nauczymy się być i czuć tu i teraz. Bo tak naprawdę nie potrafimy. Nikt nas nigdy tego nie nauczył. Urodziliśmy się z tym, ale współczesny świat w dość drastyczny sposób pozbawia nas bardzo szybko tego przywileju. Wszystko jest energią. My mamy ją w sobie cały czas. Tylko brakuje nam chęci, aby ją dostrzec, aby poczuć jej przepływ. Warto spróbować. Ona bardzo przyjemnie wibruje w całym ciele.
Zatrzymaj się. Poczuj, że tylko tu i teraz ma znaczenie. Doświadczając zamknij oczy. Oddychaj świadomie. Spędzaj codziennie Sama/Sam ze sobą co najmniej 15 minut w totalnej ciszy. Zjedz coś nie patrząc w telewizor, komputer, telefon, poczuj prawdziwie smak. Usłysz śpiew ptaków za oknem. Zauważ podmuch wiatru. Idź na spacer do lasu, bez rozpraszaczy. Stań boso na trawie. Dostrzeż kształty chmur i przebijające się przez nie promienie słońca. Przytul się do drzewa i spróbuj poczuć jego energię. Połóż się i przyglądaj się gwiazdom. Zauważaj każdą fazę Księżyca. Usłysz deszcz, poczuj energię burzy. Wzruszaj się jawnie, kiedy czujesz potrzebę. Krzycz, kiedy masz dość, nie kumuluj złych emocji. Spędź czas z bliskimi zostawiając telefon w innym pomieszczeniu. Załóż słuchawki, puść ulubioną piosenkę i tańcz do niej czując ciałem każdy dźwięk. Uśmiechnij się do kogoś, kogo nie znasz. Wsiądź na rower, zamiast do samochodu. Doceniaj to co masz. Zakochaj się w życiu. Wybacz. Odpuść toksyczne relacje. Przestań przejmować się pierdołami. Praktykuj wdzięczność. Spróbuj medytacji. Przeczytaj dobrą książkę. Wycisz umysł. Znajdź swoją pasję. Zrób coś szalonego. Wyjdź poza ramy. Zaufaj intuicji. Przestań szukać szczęścia na zewnątrz. Jeśli coś cię wkurza zmień to, jeśli nie możesz zmienić zaakceptuj. Przestań narzekać. Naucz się odpuszczać. Szukaj w ludziach dobra. Wyciągaj wnioski z lekcji. Zrozum, że tak miało być. Przytul się do Niego/do Niej. Złap za dłoń. Napisz, że tęsknisz. Zadzwoń i powiedz, że kochasz. Przeproś. Podziękuj za to, że jest. Dawaj siebie. Zatrzymaj czas pocałunkiem.
Bądź dla Kogoś wszystkim. Choćby przez chwilę ![]()
P.S. Dziękuję, że jesteś
P.
Ten post ma 8 komentarzy
Dobrze się to czyta, nawiązując do innych postów, czasem mam wrażenie, że większość z nas widzi siebie samych w niektórych opisanych przez Ciebie momentach czy chwilach, gdzie towarzyszyły Tobie różne emocje. Mam nadzieję, że więcej osób będzie uczestniczyło w Twojej podróży 🤗
Dziękuję 🤍
Czas szybko płynie. Za szybko. Tylko od nas zależy ile chwil zapamiętamy a ile przeleci niepostrzeżenie. Pielęgnujmy wspomnienia i czas, który jest nam dany. Dziękuję za przypomnienie o tym.
❤️
Ostatni akapit – tak trzeba żyć ❤️
❤️
Zbyt często wpadam w ten wir wyścigu szczurów. Zamiast kolekcjonować wspomnienia i cieszyć się chwilami, odhaczam kolejne questy jak w grze komputerowej. Konsumpcją próbuję zdobyć chwilową przyjemność, ale ostatecznie czuję się gorzej. Dobrze jest tu do Ciebie wpaść i przypomnieć sobie, że nie tędy droga.
Cieszę się, że wnoszę coś dobrego 🤍 Bardzo Ci dziękuję za dmuchanie w moje skrzydła 🤍