Jakie to uczucie?

Znieruchomiałam. Wszystko wokół się zatrzymało. Czas nie płynie. Trochę tak, jakby zewnętrzny świat nagle przestał istnieć. Jakby wszystko jak nigdy skumulowało się w środku. We mnie.

Odnoszę wrażenie, że to, co na zewnątrz ktoś właśnie wyłączył jakimś dziwnym przyciskiem, o którego istnieniu nie miałam pojęcia. Szok i przerażenie rosną z zatrważającą prędkością.

W pierwszej chwili z twarzy odpływa cała możliwa do odpłynięcia krew. Jakby gdzieś na dole ktoś odkręcił jakiś zawór, posiadający dodatkową funkcję wysysania jej od samego czubka głowy. Tak na wszelki wypadek, żeby nigdzie nie schowała się choćby odrobina. Bladość zaistniałą na twarzy czuję tak dogłębnie, że nie mam pewności, czy w jakimś szalonym tempie nie zaczyna przekształcać się w przezroczystą.

Serce, które przyspieszyło na tyle mocno, że można by je posądzić o jakiś zmasowany atak, wali tak bezlitośnie, że już całe moje ciało porusza się w tym obezwładniającym rytmie, którego za nic w świecie nie potrafię kontrolować.

Jakimś dziwnym sposobem, to samo serce, które przecież jest jedno, zaczyna również dudnić w całej głowie, korzystając w tym przypadku ze sposobności użycia jeszcze większej mocy. Tak jakby z jednego serca nagle zrobiły się dwa, bo głowa potrzebowała większego kopa niż reszta zahipnotyzowanego ciała. Synchroniczność uderzeń budzi nieadekwatny w tej sytuacji, ale jednak podziw.

W skronie, to drugie serce wbija milion szpilek, które przywodzą na myśl podejrzenie, że głowa zaraz pęknie jak za bardzo napompowany balon. Kłują coraz głębiej i coraz mocniej w tym samym upartym rytmie.

To powoduje, że oczy przestają widzieć cokolwiek, bo zachodzą jakąś dziwną mgłą, której nieudana próba mrugania nie jest w stanie odgonić.

W uszach również rozbrzmiewa dźwięk tamtego dudnienia. Bębenki dostają tak w kość, jakby obok stał ktoś i wrzeszczał na niewiarygodnie wysokich częstotliwościach, z obydwu stron. Po chwili ten ktoś jakby odchodzi, a jego miejsce zajmuje przeraźliwe piszczenie, które niesie ze sobą kolejny milion szpilek, napierających tak, jakby chciały przebić bębenki, skoro wrzeszczeniu się to nie udało.

Głos uwiązł w gardle już chyba na dobre, bo każda próba choćby przełknięcia śliny okazuje się być skazana na niepowodzenie. W gardle zatrzymała się jakaś dziwna gula wielkości, ja wiem? Może piłeczki tenisowej? W tej sytuacji chyba wszystko jest możliwe.

Idąc dalej, przez calusieńkie ciało przechodzą okropnie zimne dreszcze. Prawdopodobnie spowodowane wypompowaniem krwi, która nie wiadomo gdzie teraz została skumulowana. W tych okolicznościach przyrody cały organizm zaczyna się wściekle wychładzać, tak potwornie zrobiło się zimno.

Serce wali jak oszalałe, nie da się go w żaden sposób uspokoić. Nawet na chwilę zatrzymać. Podejmuję usilnie próby łapczywego poboru powietrza do płuc, które zdecydowanie zapomniały, że żeby żyć potrzebny jest mi tlen.

I dalej zaczyna się zabawa, bo to wszystko wyżej opisane wydarza się naraz. Jednocześnie. W jednej sekundzie. A to jeszcze nie koniec. Bo w tej samej chwili odnoszę wrażenie jakby ktoś, dużo za dużą pięść z ogromną siłą władował jednocześnie w mój brzuch, żołądek i splot słoneczny. Co można by uznać za powód chwilowej utraty możliwości zaczerpnięcia powietrza.

Uderzenie to niesie ze sobą niestety dalej idące atrakcje, które materializują się w sposób taki, że mam wrażenie, że jeśli czegoś nie zrobię zwrócę treść żołądka, w zasadzie wraz z nim samym. Trudno powiedzieć, czy czyn ten nie będzie wzbogacony całą resztą wnętrzności jakie w sobie noszę, bo naprawdę zaczęło mi być wszystko jedno, czy cokolwiek w tym organizmie jeszcze zostanie.

Staram się ostatkiem sił powtrzymać mdłości, bo muszę jednocześnie walczyć ze sobą i grawitacją, podcinającą bezlitośnie nogi, które bez tej krwi to tak naprawdę zachowują się jakby zostały przy okazji pozbawione kości.

Walczę więc zawzięcie. I w tej chwili tylko łut szczęścia mnie ratuje, bo nie stoję sama w szczerym polu. Jest całkiem niedaleko Ktoś, kto może mnie podtrzymać. Ktoś, kto nie pozwala mi upaść. Pomagając odciążyć na moment nogi bez krwi i kości.

To się nie chce skończyć. Nie mam pojęcia, ile minęło czasu. Jak długo tak stoję. Jak długo jeszcze wytrzymam. I czy w ogóle chcę wytrzymać.

Po chwili, która wydawać by się mogło trwała wieczność, udaje mi się łapczywie zaczerpnąć powietrza. W tym samym momencie, ktoś wkłada kości w moje nogi, wyciąga pięść z trzech miejsc w których ugrzęzła, tą nieszczęsną piłeczkę tenisową – niespecjalnie pasującą do rejonów, w których się znalazła, wpompowuje z powrotem krew, przestaje kłuć szpilkami, przestaje piszczeć, do uszu zaczynają dopływać dźwięki świata zewnętrznego, którego wydawać by się mogło przed chwilą tu jeszcze nie było.

I tylko serce nadal dudni. Ono nie chce się uspokoić. A oczy, które całkiem niedawno zaszły mgłą teraz zaczynają wypełniać się gorzkimi, piekącymi łzami, które nagle ruszają w drogę z takim impetem, że nie ma siły, żeby je zatamować. Padam na kolana. I najnormalniej w świecie chcę, żeby to był tylko strasznie głupi sen, którego nawet nie zapamiętam.

 

Właśnie takie to było uczucie.

Kiedy na zawsze odeszła Część mnie.

 

P.S. Dziękuję, że jesteś 🤍 

P.

Ten post ma 6 komentarzy

  1. Malwina

    Ja utożsamiam sie z tym mocno. Uczucie złości żalu i ogromny smutek. Wiem że już nigdy więcej. Słowa wybrzmiały. Jestem pod wrażeniem jaki mają mocny wydźwięk.

  2. Isia

    Tym wpisem wykorzystałaś także wszystkie słowa jakie mogłabym obecnie użyć.

  3. W.

    Chciałbym tu zostawić jakiś ślad, komentarz, że byłem, że jestem, ale przeorałaś mnie tym wpisem przez tyle emocji: od smutku po zachwyt, że kompletnie brak mi słów.

    1. P.

      Dziękuję, że jesteś 🥺🤍

Dodaj komentarz