Przecież

 

What matters in the end

isn’t the money but the time you spent

isn’t the things you have but the things you shared

isn’t your possessions but your love and care

 

so tell me

How well did we live

how well did we love

how well did we learn

to let go

 

~ In the end – Olivia Fern

 

***

 

Dzień próbuje resztkami sił szeptać jakkolwiek sensowne zdania, powyrywane z kontekstów

Jak te biedne korzenie z najgłębszych warstw Ziemi, z opiekuńczych ramion Matki

Martwe wielkie drzazgi spoczywają w niepokoju niedbale rozrzucone beznamiętną koleją rzeczy

Niesprawiedliwym zbytnio prawem natury, które rządzi się własnymi prawami

Bez pytań czy ktoś ma coś przeciwko, bez odpowiedzi na właściwie, dlaczego? Bez dyskusji

Smutek trzeszczy pod każdym krokiem, tu, gdzie kiedyś głośniej brzmiało życie niż śmierć

Przepływa szumnie, nieprzyjemnie, kłująco przez serce, wwierca bezlitośnie

Łomocze naprzemiennie z żalem i próbuje wyciskać narastające choć tłumione gorzkie łzy

Nawet nie wiem, gdzie jesteś. Nie wiem, czy jesteś. Nie ma już mojej do Ciebie drogi

Tyle tu śmierci, że choć życia przecież wciąż więcej, to śmierć jak na złość gra pierwsze skrzypce

Zdrapuje radość i nadzieję z duszy, rozdrapuje niegdysiejszy uśmiech z twarzy. Do krwi

Ronię łzę nad skrawkami chwil, które trudno będzie odzyskać. Skoro tak trudno je już odnaleźć

W zgliszczach miejsca, które zatrzymywało czas, było ratunkiem by wrócić do siebie

Zaledwie dopiero co oddawało spokój, nie oczekując nic w zamian poza przyziemną obecnością

Nie mam plastrów na te rany czy bandaży na kratery podziurawionego serca

Brakuje słów, bo żadne nie da ukojenia, po prostu jestem i biorę część bólu na siebie

Wysyłam w przetartą niepotrzebnie przestrzeń miłość, bo tylko tyle ze sobą mam

I tak zwyczajnie, tak sobie nagle, na tym świeżo utworzonym cmentarzysku

W leju jak po wybuchu bomby, który rozdarł przepiękną zieleń na miliony kawałków

W przeraźliwie dudniącej ciszy, w pobojowisku, na którym nie ma już ścieżek bez celu

Nieśmiało, lecz bez skrępowania zaglądają jeden za drugim złote promienie światła

Przebijają przez bujną koronę, falującą na wietrze, tą silną, tą która przetrwała

I choć tyle tu smutku, tyle niesprawiedliwości to przecież świat ciągle płynie

Tak wiele uratowanych żyć wciąż tu jeszcze przecież zostało, nadziei

Słyszę ulgę w niemym śpiewie, w rytmie podmuchów powietrza

Dostrzegam ogrom siły w tych, które przetrwały, których nie udało się zniszczyć

Tu nadal jest życie i ono będzie trwać, jak długo mu na to pozwolimy, jak długo istniał będzie świat

Uśmiecham się przez łzy, bo za jakiś czas wszystko ułoży się przecież na nowo

Stary świat na nowych warunkach zacznie istnieć jeszcze raz

Biorę tą kolej rzeczy i rzeczywistość, przyjmuję przemijanie, rozumiem kolejny cykl

Życie i śmierć. Tak po prostu

Tyle tu jeszcze zostało do kochania

I nawet jeśli Ciebie już nie ma

Będzie miał kto się mną zaopiekować

Przecież tu jest miłość

 

P.S. Dziękuję, że jesteś 🤍 

P.

Ten post ma 4 komentarzy

  1. Malwina

    Wzruszyłam się 🫶

Dodaj komentarz