Szczęście jest motylem: próbuj je złapać, a odleci. Usiądź w spokoju, a ono spocznie na twoim ramieniu
~ Anthony de Mello, Przebudzenie
***
Niedomknięty rozdział. Zdanie bez kropki. Niedokończona historia. Zasklepiona rana. I pękający strupek. Prześladował. Na swój sposób przypominał. A tamte wspomnienia bolały. Chciałam. Choć nie szukałam jeszcze nikogo, kto mi w tym pomoże. Musiałam wiedzieć, gdzieś podskórnie, że kiedy przyjdzie odpowiedni czas, przyjdzie odpowiedź. I przyszła. A właściwie przyszedł.
Miękka, bezpieczna przestrzeń. Zapach Palo Santo i ten ukochany. Jeden z. Ja. Ty. I coś co zaczęło aktywację kilkadziesiąt minut wcześniej. Ceremonialne kakao. Lekkie powietrze. Pierwsze przymiarki. Pierwsze łzy. Niespokojny oddech. Wstrząsy dreszczy. I uwalniany ból. Z samego dna serca niemy krzyk niesprawiedliwości tamtych chwil.
Jeszcze jeden raz pozwalam sobie to czuć. Dotykać tamtych wydarzeń z filmu własnego życia. Z rozdziału napisanego, aby skończyć to raz na zawsze. Aby rozwiać wątpliwości. Zrzucić z piedestału. Wyostrzyć prawdę. Właściwie nazwać emocje i uczucia. Pokazać czym nie jest miłość. I że tylko mi się wydawało. Lekcja.
Przeżywam to jeszcze raz. Chyba pierwszy od tamtej pory tak bardzo. Muszę. Pozwolić sobie na każdą łzę. Pozwolić sobie na smutek. Być w tamtych chwilach jeszcze raz. I domknąć wszystko, co jeszcze niedomknięte.
A później już mija cały dzień. I zastaje nas noc. I jest bardzo intensywnie. I co jakiś czas oglądamy. I smakujemy. Przestrzeni. Muzyki. Wspólnych chwil. Rytuału. Jedzenia. I picia. Siebie. Obecności. Miłości. Wsparcia. I boli jak cholera, ale prawie nie narzekam. Przyjmuję, akceptuję. A z fizycznego bólu nie ronię nawet jednej łzy. I mamy trochę dość, bo to trwa w nieskończoność. Ale jesteśmy. Trwamy.
A później płaczę ze wzruszenia, bo już go nie ma. A później płaczę jeszcze raz i śmieję się w głos, bo jest nowy. I cieszę się jak wariatka na ten początek. A najbardziej cieszę się, że z Tobą. Że z dłonią w Twojej dłoni pożegnałam stare. I przywitałam tak piękne Nasze Nowe.
A później Księżyc kompan od początku naszej wspólnej podróży przybija pieczątkę swoim ogromem. Siłą. Bijącym po oczach blaskiem i kolorem. Uśmiecha się kształtem sierpu. Do tego czego już nie ma. Do tego co jest. Do tego co będzie.
Tamto już nie boli. Nie ma Cię. Choć przebijesz się jeszcze nie raz jak blizna. Teraz to jest już tylko bardzo smutne. Że można być w życiu aż tak nieszczęśliwym. Wysyłam Ci miłość.
Dziękuję Bartek, że to Ty i że z Tobą. Za szamański wzór. Tak bardzo Twój. Tak bardzo mój. Tak bardzo Nasz. Za wplecionego węża. Za najpiękniejszy do tej pory rytuał. Za ramiona, które trzymały moje emocje. Za dłonie, które ocierały łzy. Dziękuję Ci za ten ból, który był potrzebny. Za każdy wspólnie kosztowany smak. Przed. W trakcie. Po. Za Twój upór. Zaangażowanie. Za wytrwałość. Dziękuję, że to Ty pomogłeś mi to domknąć ![]()
P.S. Dziękuję, że jesteś ![]()
P.
Ten post ma 6 komentarzy
Dziękuję Ci za to w jaki piękny sposób opisałaś ten Nasz Rytuał. Nic nie muszę dodawać. Wspólnie możemy wszystko✨ Kocham Cię Paulina♥️
Kocham Cię Bartek ❤️
Moja Siłaczka 😘 cieszę się że nareszcie są „Te ramiona” 🫶
❤️
🥺🥺😭😭😭😭 piękne To.
❤️