Myśli poplątane

 

Yesterday I was clever, so I wanted to change the world. Today I am wise, so I am changing myself

~ Rumi

 

***

 

Wierzę w lepszy czas, lepszych nas, lepszy świat.

Zakładam z góry, że będzie dobrze, bo nawet jak nie będzie dobrze to i tak będzie dobrze.

Wiem, że nie dostanę więcej niż jestem w stanie udźwignąć, a kiedy przychodzi dźwigać ogromne ciężary, to zostałam na to przygotowana.

Nie poddaję się nawet kiedy upadam bardzo nisko, bo niżej niż nisko upaść sobie nie pozwalam.

Nie zdzieram kolan, już tylko je tłukę, bo ból czasem też jest potrzebny, aby mocniej i głębiej czuć.

Wszystko rysuje mi się na twarzy tak dotkliwie, że trudno nie zauważyć.

Trudniej interpretuje się za to te emocje, jak się nie potrafi dostrzec głębiej, patrzeć szerzej, a ocenia się jedynie książkę po okładce, przypina się łatkę, a nie próbuje zobaczyć, zapytać, porozmawiać.

Nie uciekam od ludzi, od prawdy, od emocji.

Nie odwracam się do nikogo plecami ani dupą, dla własnego dobra, dla świętego spokoju, ze zwyczajnego strachu, bo odwaga płynie w mojej krwi.

Nie uginam, nie wypieram się zanim trzy razy zapieje, nie mam tego w naturze.

Jestem na potrzeby, na zawołania, w zgodzie ze sobą, nie pozwalając naruszać własnych granic.

Wyzbywam się toksyczności, trzymam na dystans wszystko i wszystkich którzy i któro nie służą już dłużej dobru memu ani niczyjemu innemu.

Jestem i wysłucham, mam miejsce i przestrzeń dla czystych intencji, dla dobra prawdziwego bez manipulacji, bez wykorzystywania zbyt wielkiego serca na dłoni czy wiary w ludzi, choć czasem dostaję przez to po dupie.

Staję we własnej mocy na przekór wszystkim i wszystkiemu, co ma coś przeciwko mnie, przeciwko temu co głoszę, bo prawda i dobro i tak zawsze bronią się same.

Nie walczę na argumenty, kiedy brakuje tam argumentów, a strona przeciwna i tak wie zawsze lepiej, bo tak właśnie została zaprogramowana.

Nie zatrzymuję przy sobie nikogo usilnie, kto nie chce być, bo nie potrzebuję udawania, ale też tego co dłużej nie wspiera i nie ma nic do zaoferowania rezonującego z prawdą, którą głoszę.

Nic ani nikt na siłę, bo jak na siłę to tak jak ten motyl – ucieknie.

Odpuszczam, bo nauczyłam się przepięknie odpuszczać w tym swoim życiu, co było jedną z najtrudniejszych rzeczy do wyplenienia, w tej cholernie upartej do granic możliwości głowie.

Przytulam i opiekuję się każdą najbrzydszą emocją z najwyższą starannością, bo każda jest częścią mnie, mojej przeszłości, teraźniejszości i przyszłości z miłości własnej, której uczyłam się od tak wielu dni, tygodni, miesięcy i lat.

Nie wypominam, nie wracam do przeszłości, żeby się torturować i męczyć i zamęczać i psuć sobie dzień i życie.

Pogodziłam się ze wszystkim, wybaczyłam, bo wybaczenie jest przede wszystkim prezentem dla siebie.

Staram się nie nosić złych emocji, walczę z niepotrzebnym gniewem, bo to niskie wibracje, a ja już nie lubię w takich się kąpać, bo wygrałam z tym, co trzymało mnie w bezpiecznej strefie komfortu zwanej użalaniem się nad sobą.

Nie muszę być rozumiana i chciana, nie jestem zupą pomidorową, czy czekoladą, czy czymkolwiek, co powinni lubić wszyscy, a i tak nie lubią wszyscy, bo każdy jest inny i chwała za to, bo przynajmniej różnorodne jest to życie i kolorowe i czasem trudne, a czasem łatwe, ale jednak nie nudne.

Na szczęście.

I zdarza mi się często spóźniać, choć nie lubię jak ktoś się spóźnia, ale jestem tylko człowiekiem, który na dodatek ma milion myśli na sekundę i setki zdań, które musi czasem zapisać, a to spowalnia, a te zdania często później nawet nie zostają do niczego wykorzystane.

I tak samo mam z zapamiętywaniem, czasem.

A pisząc piszę tak, że komuś się to może podobać, a komuś nie i kogoś może wkurwiać, bo na przykład ten tekst jest jednak trochę zamotany i poplątany, ale jakoś tak dziwnie płynie, to niech płynie, bo może jakiś ktoś znajdzie w nim zdanie choć jedno niosące dla niego sens.

Bo w mojej głowie zdarza się właśnie taki chaos, zwłaszcza kiedy w miarę uporządkowane, spokojne, niespontaniczne życie nagle nabiera takiego rozpędu, że trzeba trochę nauczyć się żyć na nowo na nowych warunkach i w nowym miejscu fizycznym, emocjonalnym, duchowym, energetycznym i choć jakim.

Zrozumiałam, że największą stałą w życiu jest zmiana, dlatego uczę się nieustannie nie przywiązywać zbyt mocno i zbyt bardzo, bo tak naprawdę łatwiej się żyje.

I wiem, że czasem boli i czasem smutno i miło by było jakby to trwało i jakby dalej to mieć, ale z drugiej strony ja wierzę w przepływ i wiem, że mamy to w życiu co nam służy w jakiś sposób, a skoro się kończy, skoro odchodzi, to znaczy, że przestało, więc czasem trzeba po prostu puścić i pozwolić odejść, bo czasem to jedno robi miejsce na drugie, a czasem to jedno robi miejsce na dużo więcej niż drugie, bo ta przestrzeń pusta jest bardzo pojemna i potrafi się naprawdę bardzo mocno rozepchać.

Sama jestem na to najżywszym przykładem, bo żaden rok nie wniósł w moje życie tak wiele jak ten i nadal czasem zastanawiam się skąd ja wzięłam na to wszystko miejsce, bo nie zdawałam sobie sama sprawy z potencjału, pojemności i wielkości posiadanej osobistej przestrzeni, a czuję podskórnie, że ona wcale nie została wypełniona po brzegi, bo ostatnio znów coś napływa, a to dopiero kolejny początek.

 

I tak płynę ze słowami, które przelewają się przez palce, szaleją w głowie, buzują w sercu.

Bez sensu, czy z sensem, trudno określić.

Wiem, że gdzieś idę, że gdzieś biegnę, że gdzieś zmierzam.

Wiem, że już blisko, coraz bliżej, bo coraz łatwiej, bo coraz więcej, bo coraz mocniej i głębiej.

Coś się dzieje i wiele się czyści i oczyszcza i boli i wkurwia, a ja po prostu jestem.

Biorę co dostaję, przytulam, głaskam, bo nic nie poradzę i nic nie wywalczę stając okoniem czy forsując rzeczy, na które nie ma wpływu.

Akceptuję to czym jestem raczona czy dobrym, czy złym, neutralnym czy jakimkolwiek.

Biorę, bo skoro dostałam, to znaczy, że było przygotowane dla mnie.

A to może być ziarenko, zasiane.

A z ziarenka może wyrosnąć wszystko.

Więc sadzę i będę podlewać, zaglądać, doglądać, rozmawiać.

Żeby rosło zdrowe to dobro, które będę przed siebie siać, na prawo i lewo, w górę i w dół, dla Ciebie i siebie.

Bo ostatecznie bez Ciebie nie byłoby mnie.

A Ciebie beze mnie.

Tak ten nasz świat ciekawie został skonstruowany.

 

Któregoś pięknego dnia po prostu obudziłam się i założyłam, że wszystko będzie dobrze, że się ułoży, bo w tym kierunku właśnie płynie. I nawet jak jest chaos, jak boli i piecze, nawet jak się paliło i waliło i wydawało się ponad siły i nie do zniesienia i całe wnętrze chciało krzyczeć, że nie zasłużyłam, to starałam się po prostu być. Zaglądać w zakamarki, w które jeszcze nie zdążyłam zaglądnąć, a w które zaglądnięcie było jedynie możliwe przy tych małych końcach poszczególnych światów w moim życiu.

Przechodziłam przez piekiełka kilka razy i doskonale wiem, że moje piekiełka przy innych piekłach to nic, ale jednak dla mnie coś. Bo moje. Bo na własnej skórze i na własnym sercu. Nie rozumiem wszystkiego i pewnego nie zrozumiem nigdy, ale wiem, że dobro przyniosło też. Bo wszystko jest po coś.

Największą jednak dumą napawa mnie odwaga, której pozwoliłam wreszcie dojrzeć, siła, której pozwoliłam się przedostać, upór pomimo przeciwności i wrażliwość, której nigdy nie pozwoliłam w sobie ugasić, choć przez wiele lat musiałam ją trzymać w szufladzie. Jestem dziś tym kim jestem, bo nigdy się nie poddałam. Jeszcze długa droga przede mną polegająca na chowaniu w kieszeń swojego introwertyzmu i z trzęsącymi się rękami robienia tego do czego od dawna rwało się moje serce, ale jestem gotowa podjąć rękawice. I nie poddam się, bo wiem o co walczę w tym życiu.

 

Na te Święta oprócz zdrowia, które jest najważniejsze i wszystkiego, czego życzą zawsze wszyscy wszystkim, że radości, spełnienia marzeń, kasy, męża, żony, dzieci, wnuków i tych wszystkich ważnych rzeczy, ja Tobie życzę miłości. Kochaj i bądź kochan*. Ale tak prawdziwie. Bezwarunkowo. Bo miłość miłością jest tylko wtedy.

Życzę Ci wdzięczności każdego dnia za wszystko, co masz, bo masz więcej niż jesteś sobie w stanie powierzchownie na to patrząc wyobrazić. Dostrzegania małych rzeczy i cieszenia się nimi, bo małe rzeczy cegiełka po cegiełce doprowadzają do wielkich, a cała ta droga jest niesamowitą przygodą, na której zauważenie często brakuje nam czasu, a szkoda, bo to cieszy.

Życzę Ci odnalezienia siebie, jeśli jeszcze nie znalazł*ś, ale tak naprawdę siebie, bo kiedy się znajdzie siebie prawdziwego, to całe życie naprawdę zaczyna wyglądać inaczej. No i odwagi do tego szukania i znalezienia. Ale też odwagi, żeby prawdziwie zacząć żyć. W zgodzie ze sobą i z własną prawdą nie oglądając się na to co Ci się wmawia od dziecka, a co czujesz, że nie jest Tobą.

Życzę Ci zaczynania od siebie, a nie zrzucania winy na innych, bo jedyną odpowiedzialną osobą za to co Cię spotyka jesteś Ty sam*. Bo to drobne rzeczy, czyny i słowa mają największe znaczenie. Dlatego też samoświadomości Ci życzę i czucia siebie tak naprawdę na najgłębszym poziomie.

Życzę Ci empatii. Ciepła do drugiego człowieka. Trochę zrozumienia, bo nigdy nie wiesz kto i przez co przechodzi, nie może lub nie potrafi powiedzieć tego głośno, a zakłada na co dzień maskę, bo nie chce pozwolić zranić się jeszcze bardziej. Więc dwa razy się zastanów czasem zanim ocenisz, bo nie wiesz. Bądź człowiekiem dla ludzi, po prostu. Takim jakim chciałbyś, aby ludzie byli dla Ciebie.

I mogłabym wymieniać i wymieniać, a już się rozpisałam trochę może bez większego sensu na początku, więc podsumowując ten przydługi monolog bądź po prostu cholernie szczęśliw*. Sam* kreujesz swoją rzeczywistość, więc mając to na względzie wysyłaj wszystkie moce w stronę dobra, bo na dobru jest wszystko oparte i od dobra wszystko dobre się zaczyna.

Wesołych Świąt

 

Wysyłam miłość ❤️

 

P.S. Dziękuję, że jesteś 🤍

P.

Ten post ma 2 komentarzy

  1. Bartosz

    Jak ja się cieszę, że Cię mogłem poznać i stałaś się częścią mojego życia. Kocham Cię Paulina♥️

    1. P.

      I vizavi mój Magiczny Chłopaku 😘 kocham Cię ❤️

Dodaj komentarz