Don’t worry, they’re fine. You can’t crush a soul here. That’s what life on Earth is for
***
– What’s wrong, Teach?
– It’s just I’ve been waiting on this day for… my entire life. I thought I’d feel different.
– I heard this story about a fish. He swims up to this older fish and says, „I’m trying to find this thing they call the ocean.” „The ocean?” says the older fish. „That’s what you’re in right now.” „This?” says the young fish. „This is water. What I want is the ocean.”
***
The truth is I’ve always worried that maybe there’s something wrong with me, you know? That I’m not good enough for living. But then you showed me about purpose, and passion and…
~ movie Soul
***
Czasem czuję, że jestem już trochę jak z tej bajki. Tak w ogóle to z całego serca ją polecam każdemu. Małemu i Dużemu. Duży jeśli będzie potrafił przypomni sobie to, co nieprzetworzony do końca Mały może sobie utrwalić. Dużemu może coś zaklikać i coś się w nim obudzić. Małemu może pomóc nie zapomnieć. A to napawa mnie wielką nadzieją.
W tej bajce bardzo odnalazłam siebie. Przekaz mocno do mnie trafił, bo to jest magia, którą już znam pokazana w piękny sposób. Ta bajka coś w sobie ma, bo momentalnie wzniosła mnie na wyższe wibracje. Wyciągnęła ze stanu, który był przytłaczający z tego czy innego powodu. O pewnych rzeczach przypomniała. Pewne pokazała inaczej. Pewnych nauczyła.
I kto by przypuszczał, że zaczynając przygodę z medytacją która polegała na siedzeniu jak człowiek na fotelu z zamkniętymi oczami przez 7 minut bo 5 to było za mało, a 10 za dużo, dziś będę w stanie siedzieć dwa razy po godzinie dziennie na macie, poduszce i w siadzie skrzyżnym? Potrafić wprowadzić się w stan (czasem
), który wydawać by się mogło możliwy jest jedynie w towarzystwie środków odurzających?
I nie, nie jestem Vipassanowym przykładem do naśladowania. Przestałam nim być, kiedy na mojej drodze zmaterializował się Anioł w ludzkim ciele, który obudził coś, co darło się we mnie w niebogłosy od dawna, choć tego krzyku nie potrafiłam zinterpretować. To znaczy być może wiedziałam czym on jest i w którą stronę mniej więcej powinnam iść, ale nie wiedziałam jakie mam możliwości i do czego mogę być zdolna.
Moja Vipassana od jakiegoś czasu przestała już być taka regularna jak po powrocie z kursu. Co nie oznacza, że z niej rezygnuję i z planów na kurs w przyszłym roku. Wiem czego mnie uczono, rozumiem i szanuję wszystkie zasady. Ale ścieżka po której kroczę biegnie bardziej kręto niż ta którą wyznacza jedynie Vipassana. Bo ja zwyczajnie chcę jeszcze więcej niż to. I szczerze wierzę, że jeśli coś jest w zgodzie z najwyższym dobrem, można to ze sobą przeplatać. Najważniejsze są podstawowe zasady. A one obowiązują wszędzie i we wszystkim.
Ta wojowniczka, którą karmiłam przez lata dostaje szansę spełnienia. Uzupełniona o brakujące ogniwo takiej części, która ją stabilizuje i uziemia. Bo tu jest potrzebny balans. Zarówno siła jak i spokój. Walka i odpoczynek. Na mojej ścieżce żadna kłoda się nie marnuje. Bo staje się kolejnym schodkiem wyżej. Celem samym w sobie jest ścieżka. A nie efekt końcowy bo to by było trochę bez sensu. I w sumie nie dawałoby tyle radości. Chcąc tylko osiągnąć cel biegniesz zbyt szybko, wtedy wiele Ci umyka. W życiu chodzi przede wszystkim o to, żeby żyć.
Dlatego cieszę się z małych rzeczy. Dlatego stany jakie udaje mi się czasem osiągnąć w Vipassanie powodują taki koktajl emocji. Fizyczna ja mając do dyspozycji swoje zmysły stara się na maxa je wykorzystać, żeby opisać te stany, co jest na poziomie fizycznym niemożliwe. Ale mimo wszystko się staram, bo chcę, żeby każdy choć odrobinę miał pojęcie jak to jest, żeby każdy tak chciał i żeby każdy tak czuł. To czucie jest głębiej. To czucie jest w duszy. Która dostaje wreszcie to po co przyszła na ten świat. Po co wybrała właśnie ten Kraj, to Miasto, tą Rodzinę i to Ciało.
Życzę każdej Istocie z osobna stanów tak głębokiej radości, która jest autentycznie jak haj, takiej której nie da się ująć w słowa które oddadzą jego magię. Kiedy wchodzę na pewien poziom wibracji do których zaczynam się dostrajać odrzucam samoistnie wszystko co je przytłumia, wszystko co jest dużo niżej niż ja, co jest toksyczne i co zaburza świadomość. Sądzę, że żaden alkohol, czy jakakolwiek inna substancja nie jest w stanie dać choć namiastki tak głębokiego uczucia szczęścia bez efektu zjazdu, jakie potrafi dać sam fakt, że się żyje pełnią swojego życia.
A do tego nie potrzeba luksusów w sensie materialnym. Do tego wystarczy ulubione drzewo w lesie, o które stoję oparta, a część ludzi przechodząca obok prawdopodobnie myśli, że ten uśmiech i wybrana pozycja oznacza stan upojenia jakimś narkotykiem, co po części jest prawdą, kiedy ćpa się życie.
Wystarczy wschód lub zachód słońca, które wbrew powszechnie panującej opinii wcale nie są praktycznie jednakowym zjawiskiem, tylko działającym w przeciwnych kierunkach, a jeden z nich jest dostępny o nieludzkiej godzinie. Ich paleta barw ma dar wyzwalania we mnie emocji z najgłębszych warstw serca, co potrafi wzruszyć je do głębi.
Tak samo jak kształt chmur, formujących się na niebie, przez które przeświecają promienie słońca jak to powtarzam od zawsze – jak w zeszycie do religii. Ten widok potrafi tak zachwycić, że zwyczajnie zatrzymuję się na środku drogi, żeby tylko na nie patrzeć.
Wizje pojawiające się czasem podczas medytacji w których widzę przyszłość. Ale i marzenia mniej lub bardziej realne. Radość najważniejszych dla mnie osób. Własna radość. Miłość która nie ustaje. Życia które powstają. Światy, które się burzą tylko po to, aby na ich miejsce powstały nowe.
Przeświadczenie o tym, że jestem z Księżyca, które zostaje potwierdzone przez nowo nadany przydomek, bez konsultacji o stan pochodzenia czy zamiłowanie do konkretnych ciał niebieskich.
Ponad dwa i pół roku samodzielnej pracy wbrew wszystkiemu i wszystkim, ze ślepą wiarą i nagła pobudka nadprzyrodzonego potencjału w sposób który sądziłam, że jest dla mnie totalnie niedostępny, a okazuje się że jest dostępny dla każdego, wystarczy szukać sposobu, zamiast wymówek.
Czarne i szare, które wciąż są przepiękne i magiczne, ale to ten turkus krzyczał przecież tak głośno od zawsze, próbował się przebić i wygląda na to że nieźle mu to teraz wychodzi.
Światło, taranujące bez pardonu mrok i ciemność, których rolą było chronić to, co wcale ochrony nie potrzebowało, bo ma ważną rolę do spełnienia w tej kadencji na tym świecie.
Spóźnienie do pracy bo Spotify podpowiedział utwór który wprawia ciało w taki ruch, który za skarby świata nie będzie nigdy kompatybilny z jazdą na rowerze.
Spacerowa droga, która na całej swojej długości ugaszcza co kilka kroków motyla, który siedzi tam cichutko jakby w gotowości i oczekiwaniu na to aż będę już bardzo blisko, a kiedy jestem odfruwa ustępując miejsca.
Mały ptaszek. W Tatrach Słowackich, na szczycie Małej Wysokiej. Którego obecność wcale nie była tak oczywista na tylu metrach nad poziomem morza.
Czy kiedy w trudnym stanie emocjonalnym, wewnętrznym strachu, poczuciu niebezpieczeństwa w rzeczywistości, korzystając z nowo nabytych nadprzyrodzonych mocy, kładę się na ziemi, zamykam oczy, bezgranicznie ufam temu co trudno jest dotknąć, a po kilku chwilach z moich ust wydobywa się samoistnie śpiew, o który przez 36 lat życia nigdy bym siebie nie posądzała. Żyjąc do tego czasu z przeświadczeniem, że po to w kolejce na pewno nie stałam. A już na pewno nie, że jestem w stanie wyciągnąć tak wysokie dźwięki, skoro jedyne co potrafiłam do tej pory w tej materii robić to trochę raperować jak Focus.
I tą pieśń tworzą słowa, których nie trzeba rozumieć, w języku którego nie trzeba się uczyć jak w szkole. Taka pieśń na wspomnienie której od razu mam ciary i choć kompletnie nie pamiętam już „słów”, ani melodii poza wielokrotnym AUM które jest moim osobistym sprzymierzeńcem i wsparciem, to gdzieś w środku wiem, że poznałabym ją z każdej odległości po pierwszej nutce. Bo to był właśnie śpiew duszy po którym znów byłam bezpieczna i wróciło poczucie, że jak zawsze, nigdy nie jestem sama.
Ale ważne są też momenty ścisku w brzuchu, kiedy przechodzę obok ukochanego lasku, przyglądam się ledwo utworzonemu cmentarzowi z leżących drzew, pobojowisku, które do niedawna było moją bezpieczną przystanią do której uciekałam w potrzebie bycia trochę w domu. Kiedy zaczynam nabierać jeszcze większego szacunku do nieprzewidywalności natury i żywiołów. Kiedy łzy napływają do oczu bo ten widok boli najbardziej na poziomie nie fizycznym.
Kiedy nie mogę wejść do środka, bo wszędzie są rozwieszone taśmy i tabliczki głoszące że wejście jest zabronione, bo grozi śmiercią lub kalectwem. Kiedy uruchamiam niezachwianą wiarę w to, że gdzieś w środku tej masakry na to jedno moje drzewo nie przyszedł jeszcze czas. I uświadamiam sobie nagle, że anicca, że naprawdę wszystko jest ulotne. I są prawa rządzące tym światem, z którymi nie ma dyskusji. Których nie da się powstrzymać żadnymi pokładami bezwarunkowej miłości ani siły. I jedyne co pozostaje, to akceptacja, że tak też czasem musi być. Bo takie jest prawo natury.
Przestałam się przejmować, że wciąż taką mam twarz, bo w zamian za to w sercu jeszcze więcej łagodności, którą można dostrzec, jeśli się chce i przestaje oceniać po okładce, pozorach i zbroi, która powoli przestaje mieć zastosowanie. Ta zbroja się kruszy dzięki mierze takich właśnie i mnóstwa innych teoretycznie nieważnych chwil. Dzięki doświadczaniu rzeczywistości na poziomie głębszym niż fizyczny. Bo żadna zbroja nie utrzyma serca, które rwie się w stronę dobra.
Teraz, kiedy to piszę, jest dopiero 5:16, niewiele ponad 40 minut temu usiadłam na macie i jak widać nie dokończę dziś Vipassany. Bo coś ze środka wiedziało, że jeśli te słowa nie zostaną spisane, przepadną, a wtedy ktoś może nie przeczytać jednego najważniejszego dla siebie zdania, na czas w którym się tu znalazł. Bo wejście w pewien stan dało przekaz, a słowa zaczęły płynąć jak rzeka. Czy mają sens? Wierzę, że tak. I mam szczerą nadzieję, że dziś Ty jesteś tu właśnie po to, aby je przeczytać ![]()
I dlatego pozwalam sobie dobro przeplatać i przeplatam je w życiu. Trochę łamiąc zasady, ale to robię od zawsze, jak na wojowniczkę przystało. A wieczorem usiądę raz jeszcze na godzinę. Bo to nie jest tak że się poddaję, tylko jeszcze nie potrafię robić aż takich dwóch rzeczy naraz. A w sumie szkoda.
P.S. Dziękuję, że jesteś ![]()
P.
Ten post ma 2 komentarzy
W oczekiwaniu na Anielskie Cuda 🫶😘
😘🫶🏼