Cztery Żywioły

 

Softening, softening, softening all the hardness

Melting, melting, melting all that’s frozen

Letting go, letting go of the sorrow

Dissolving into love all the shadow

 

[…]

 

Ancient mother, moving through us

Roots growing deep in our ancestry

Medicine woman, daughter, mother and lover

Reclaiming the power of our sacred memory

 

We are woman, we are bringers of life

We are vessels of love, we are expressions of the divine

We are woman, we are bringers of life

We are vessels of love, we are expressions of the divine

 

Sisters hold my hands

You are stronger than you know

We are opening to love

We are learning how to grow

 

We hear the call

We are returning, we remember

We are like the rose

We are stronger than we know

We are like the rose

We are stronger than we know

 

~ Rose – Ayla Schafer

 

***

 

Jestem. W swoistym braku porządku najbezpieczniejszą i najczystszą dla siebie przestrzenią. Zamieniłam znany chaos na ciszę, którą sama tworzę. A ona całą sobą jest tu dziś dla mnie. Przeszywa tak dotkliwie, że trudno się jej oprzeć. Trudno oprzeć się wrażeniu, jak wielką stratą byłoby się jej oprzeć.

Pomimo wszechobecnych dźwięków życia wydmuchałam sobie bańkę, w której udało się schować. Mieniącą się szalenie wszystkimi odcieniami złota. Której granice wygłuszyły nawet nieubłagany czas. W delikatnej i miękkiej przestrzeni pozwalam sobie na więcej. Płynę zupełnie pozbawiona lęku. Lekkość jakiej doświadczam mogłaby towarzyszyć już na każdym etapie wędrówki zwanej życiem.

Zapadam się bez zastanowienia w nowe doznania. W nowe odkrycia. Siebie, dla siebie, dla Was i dla Nich. Pomalutku milimetr po milimetrze poznaję nowe zakamarki, w których kiedyś obudzi się coś. Bez oczekiwań, bez presji pozwalam sobie każdą cząstkę głaskać najdelikatniej jak potrafię. Aby przestała się bać.

Pokonać ból. Przeinstalować system. Dotrzeć na poziomy, o których niemożliwym było choćby śnić. Odważnie stawiam kolejny kroczek. Pozwalam sobie czuć. Pozwalam łzom drążyć. Już nie uciekam. Już nie jest coś nie tak i tak widocznie musi być. Już nigdy nie będzie tak samo.  

Ostrożnie w swojej bańce unoszę się w powietrze, wyciskam z tych chwil wszystkie soki, uzupełniając luki powstałe w środku. W nieruchomym wydawać by się mogło powietrzu dostrzegam podmuch uczuć. Nienaturalnie w swoim składzie mieszczący wszystko, co wzajemnie w normalnych okolicznościach po prostu się wyklucza. Wszystkie te uczucia razem wzięte, połączone i oddzielone od każdej kształtującej się emocji dotykają aksamitem skóry. Spazmatycznie przeszywają dreszczem.

Nie puka do mnie żadna zbędna myśl. Ta pustka jest przyjemna w dotyku. Gładzi opiekuńczo przestrzeń wolną od wszelkich trosk. Jestem, choć nie do końca mam poczucie bycia. Odpłynęłam w nieznanym kierunku, ale czuję się bezpiecznie. Tutaj nic mi nie grozi. Tu jestem odklejona od tego, co nieuchronnie ciągnie w dół. Co wyrywa sukcesywnie pióro za piórem ze skrzydeł, które nie poddając się rodzą w miejscu każdego wyrwanego na przekór wszystkiemu i wszystkim kolejne trzy.

Niektóre doznania co jakiś czas próbują zaznaczyć, gdzie powinnam się znajdować. Tak jakby jakaś nieznana siła nie do końca chciała mi pozwolić zbyt wysoko odlecieć. Rozumiem ją. Dziękuję za troskę, odwracam się plecami i zostawiam za sobą.

Przyjmuję wszystkie docierające do mnie sygnały, które przyjemnie wibrują z niespotykaną delikatnością i precyzją. Dotykają tak, jak jeszcze nie udało się nikomu. Pozwalam sobie czuć każde porażenie. Moje ciało delikatnie drży. Jakaś nieznana energia przelewa się falami przez każdą najdrobniejszą jego część.

W rytmicznych podmuchach wędruje z dołu do góry i z góry do dołu. Po chwili w obudzonych niedawno puntach samoczynnie, bez zbędnej presji, bez świadomej wizualizacji, zaczyna przepływać na kształt nieskończoności. Nie da się określić sensownymi zdaniami tego czym ten przepływ jest.

Umysł przestał analizować sytuację. A cała ja zaczęłam czuć. Dreszcze nieustannie głaszczą całą powierzchnię skóry. Przeszywając czasem ostrożnie, czasem delikatnym szarpnięciem. Oddech stał się ledwo wyczuwalny, bardzo powolny. Tak jakby w środku było wystarczająco dużo tlenu. Jakbym z zewnątrz potrzebowała niewiele. I tylko westchnienie co jakiś czas przypomina, że na swój sposób to jest wciąż to samo życie.

Łączę się z Ziemią. Z Jej niespotykaną siłą. Zapadam, jakby ciało rozpuszczało się po to tylko abym mogła stopić się z Nią cała. Otula mnie swoimi ramionami. Jak Matka. Zabiera strach, ból, żal. Zabiera każde cierpienie. Oddaje z ogromną satysfakcją poczucie bezpieczeństwa. Pozwala w sobie trwać tak długo aż znajdę pewność i sposób, aby się od Niej nie odłączyć. Jestem Ziemią.

Łączę się z Wodą. Pozwalam Jej obmyć każdy skrawek siebie. Kawałek po kawałku. Wycisnąć najgłębiej skrywane emocje, których ujścia nie udało mi się do tej pory odnaleźć. Ona płynie we mnie szalonym strumieniem. Nie zatrzymuje się i zabiera ze sobą wszystko, co napotka na drodze. Wyławia każdą niespokojną myśl. Zabiera każdą ucieczkę od siebie. Całe ciało płynnymi ruchami powoli zaczyna się z Nią zestrajać. Jestem Wodą.

Łączę się z Powietrzem. Pozwalam Mu dmuchać w swoje skrzydła. Przepędzić wszystkie zastałe blokady. Niepotrzebne myśli. Pędem wiatru odgonić chmury, które zasłaniają słońce. Przegnać niepotrzebne kształty. Zbyt żywe wspomnienia. Przegrane walki. Połamane marzenia, nadzieje i plany. Przepędzić przeszłość, aby więcej w niej nie grzebać. Rozpływam się w Nim. Jestem Powietrzem.

Łączę się z Ogniem. A On płonie w moim sercu bezwarunkową miłością. I niepohamowaną siłą. Spala to, co stara się mnie od siebie oddzielić. Wszystko, co próbuje uchronić przed dotarciem do miejsca, z którego nie ma już powrotu. Szaleję z Nim w dzikim tańcu. W sobie tylko znanym rytmie. Jestem Ogniem.

Zaczynam rozumieć po co tu jestem. I pierwszy raz prawdziwie czuję, że żyję.

 

P.S. Dziękuję, że jesteś 🤍

P.

Ten post ma 2 komentarzy

  1. Malwina

    Tak i to jest piękne 🫶

Dodaj komentarz