Nie umiem. Nie potrafię. To nie dla mnie. Nie wszystko jest dla wszystkich. Znasz to?
Ja doskonale. Z własnego doświadczenia. Jak choćby przeświadczenie, przez większość dotychczasowego życia, że nigdy nie zrobię prawka. Że ja się nie nadaję. Że jestem panikarą. Że nie potrafiłabym zareagować. Że pomyliłabym hamulec z gazem. Że w stresowej sytuacji zatrzymałabym się na środku skrzyżowania, włączyła światła awaryjne i zaczęła płakać. Przecież nie mam takiej podzielności uwagi, żeby jednocześnie patrzeć na drogę, zmieniać biegi i utrzymywać jedną ręką kierownicę tak, aby jechać prosto. Poza tym wypadek w którym uczestniczyłam w drodze na studia bardzo mocno nadszarpnął moją psychikę, w kwestii niebezpieczeństwa jakie można napotkać na drodze, kompletnie niczego się nie spodziewając.Pomimo narracji jaką miałam nieustannie w głowie, po latach, latach, latach, któregoś pięknego dnia postanowiłam sobie, że zrobię to prawo jazdy, bo chcę je mieć. I to było już na długo po tym, jak miałam prany mózg z każdej strony tym, że muszę zrobić prawko, bo tak i już, bo jak to tak bez prawka żyć. Na długo również po nieudanych amatorskich „lekcjach”, których otrzymałam zaledwie dwie lub trzy, bo podczas ostatniej tak spanikowałam, że komuś mogła stać się krzywda.
Po prostu któregoś dnia postanowiłam sobie udowodnić, że jestem w stanie to zrobić. I do końca życia nie zapomnę swoich lekcji nauki jazdy z najwspanialszymi Instruktorami na jakich można trafić, a przede wszystkim tej pierwszej lekcji z ukochaną Panią Elą. Zostałam rzucona od razu na głęboką wodę, posadzona za kierownicą i musiałam sama wyjechać na prawdziwą ulicę (!!!). Dojeżdżając do ronda zauważyłam w lusterku wstecznym inny samochód i spanikowana zaczęłam to komunikować na głos, na co cudowna Pani Ela ze spokojem odpowiedziała „Tak Paulinko, czasem będzie się zdarzało, że ktoś będzie za tobą jechał”. Zawsze niesamowicie mnie bawi jak tylko sobie tamtą siebie przypomnę.
Później odwiozłam się sama do domu i pękałam z dumy, bo przejechałam pół miasta, udało mi się osiągnąć zawrotną wtedy dla mnie prędkość 50 km/h, stawałam na światłach i z nich ruszałam, przejeżdżałam przez ronda, a auto zgasło mi może ze dwa razy. Niedowierzałam, trzęsłam się jak galareta i miałam niesamowitą radochę. Już wtedy byłam pewna, że jeśli potrafię tak jeździć z pomocą i podpowiedziami Pani Eli przez godzinę, to jestem się w stanie po prostu nauczyć i kiedyś zacząć jeździć sama.
Dziś już śmigam. Może nie jakoś wyczynowo, czy zawodowo, bo wciąż preferuję chodzenie jak nie pada i się nie spieszę, ale po pierwszych kilku próbach pojechania gdzieś samej przestałam mieć mokrą pachę, a po pięciu miesiącach od zdania prawka pojechałam do Energylandii, więc to nie takie pitu pitu…
Dziś, muszę powiedzieć, że czasem nadal czuję się jak królowa szosy, kiedy tak sobie po prostu jadę sama, w głośnikach gra moja muzyka, a ja sobie śpiewam i gram wtedy w teledysku. Na parkingu nadal ściszam radio, żeby lepiej widzieć, ale dumna nie przestanę z siebie być chyba już nigdy. Bo każdy kto mnie dobrze zna, a przynajmniej pamięta moje choćby lata dwudzieste doskonale wie, ile musiało mnie kosztować odwagi, nerwów i samozaparcia, żeby tego dokonać.
Jakiś czas temu trafiłam na tak zwane wyzwanie online dla kobiet. Był to cykl trzech spotkań na których Organizatorka przeprowadzała grupowe medytacje, opowiadała dużo wartościowych rzeczy i zapraszała do wzięcia udziału w warsztatach, które miały trwać dwa miesiące. Wszystko miało odbywać się w przestrzeni online. Wyzwanie było przedsmakiem tego, co miało się dziać na warsztacie. Pierwszy raz miałam do czynienia z czymś takim i magia jaką poczułam wtedy udowodniła mi, że nie trzeba kogoś widzieć na żywo, czy móc dotknąć, aby poczuć energię. W tych spotkaniach brało udział dziesiątki kobiet, których energię – niezależnie od tego jak to zabrzmi dla niektórych – ja po prostu czułam.
Kupiłam więc kurs, choć nie był tani, ale nie mogłam inaczej, bo moje serce niewiarygodnie głośno krzyczało, że powinnam. Mocno czułam w środku, że to jest coś, czego potrzebuję. Już od dłuższego czasu chwytałam się różnych książek, artykułów, podcastów, wykonywałam ćwiczenia, zaczynałam powoli medytować, ale tak naprawdę wszystko zaczęło nabierać sensowych ram dopiero kiedy wzięłam udział w tych spotkaniach. To, co się na nich działo jest nie do opisania. Poznałam taniec intuicyjny, wzięłam udział w przerażająco transformującej sesji oddechowej. A ona jak i grupowe medytacje prowadzone przeczołgały mnie przez najróżniejsze stany emocjonalne i pozwoliły dogrzebać się do takich rzeczy, które odkrywa się na terapiach z psychologiem. Nauczyłam się zaglądać w siebie i wiem, że to dzięki temu zaczęła kiełkować moja zmiana. To wszystko pokazało mi, do jak niesamowitych zasobów każdy z nas ma dostęp, a wystarczy być otwartym, bo wtedy w pewnym momencie wszystkie potrzebne narzędzia same zaczynają wpadać nam w ręce.
Te warsztaty odmieniły moje życie. I udowodniły, że zmiana zaczyna się we mnie. Mój świat na zewnątrz był jednym wielkim wyzwaniem i chaosem. Przeszłam przez bardzo wiele złego, spotkało mnie coś najstraszniejszego do tej pory w życiu. Strasznego do tego stopnia, że czasem nie mam pojęcia jak to przeżyłam. W międzyczasie zaplątałam się w coś, co nie pomagało wznosić się wyżej, a toksyczność tego czegoś niszczyła mnie sukcesywnie kawałeczek po kawałeczku od środku. Nie wiedziałam wtedy, że pozwalam tym samym pielęgnować traumę, której doświadczyłam kilkanaście lat wcześniej.
Moje ciało dawało mi sygnały w postaci problemów zdrowotnych, których nie dało się logicznie wytłumaczyć. Świat cały czas budował mury i rzucał kłody pod nogi, choć wydawało mi się, że zmierzam w dobrą stronę i mimo wszystko uparcie wmawiałam sobie, że to nie ma nic wspólnego z tą sytuacją. Nie było innej możliwości jak roztrzaskać ten kawałek mojego życia i mnie w dość brutalny sposób. Ale inaczej nie dało się tego rozwiązać.
Spustoszenie jakie to wszystko spowodowało w pierwszej chwili wydawało się nie do przeskoczenia. Ale tylko w pierwszej chwili, bo od tamtego warsztatu się zaczęło, on nauczył mnie słuchać Intuicji, a Ona później pięknie przeprowadziła mnie przez cały proces bez trwałego uszczerbku na czymkolwiek.
Po warsztacie przeszły tak naprawdę dwa tornada. Nie ma sensu bardziej się w to zagłębiać. Chodzi o to, że te tornada musiały przejść. I właśnie czasem tak jest i czasem tak być musi. Bo tego typu tornado zmiata z naszego życia to, czego w nim już dłużej być nie powinno. Niezależnie jak bardzo boli. Im mocniej jesteśmy uczepieni, tym bardziej będzie bolało. Ale kiedyś naprawdę przestaje i okazuje się, że dobrze się stało. Poza tym, kiedy tornado przejdzie, a Ty potrafisz po nim posprzątać, co wymaga nie lada determinacji i odwagi, zamykasz jedne drzwi. A każde zamknięcie jednych wiąże się z otwarciem kolejnych.
Tym sposobem znów łapiąc z każdej możliwej strony jeszcze więcej wiedzy, rozwijając się w kierunku, który wybrałam zaczęło się zmieniać. Wnętrze. Nie pamiętam już tamtej siebie. To znaczy pamiętam, ale nie mogę uwierzyć, że przez tak długi czas taka byłam. Nie można niczego w życiu żałować, ale czasem mam takie myśli, że szkoda, że dopiero teraz. Z drugiej strony jednak, gdyby nie wszystkie dotychczasowe doświadczenia byłabym kimś zupełnie innym. Więc żałowanie nie ma najmniejszego sensu.
Nabrałam dużej pewności siebie i odwagi. Czego najlepszym dowodem jest ten blog. Nie mogę uwierzyć, że już pół roku go prowadzę, że niby wyszłam z szuflady, ale jedynie czasem korzystam z jej zasobów, bo na bieżąco moja kreatywność działa, że nie brakuje mi pomysłów, że udaje mi się coś dodać raz w tygodniu. Nie wiem, jak będzie dalej, póki co uwielbiam to robić, uwielbiam to, że są Tacy, którzy chcą mnie czytać i to robią. Uwielbiam odpowiedzi zwrotne, bo udowadniają, że moje serce nie kłamało.
I pomyśleć, że jeszcze półtorej roku temu sądziłam, że jeśli kiedykolwiek wyjdę z czymkolwiek do świata, to będę to robić anonimowo. Dziś to naprawdę śmieszne, jak przypomnę sobie pseudonimy artystyczne, które brałam pod uwagę. Nie wstydzę się. Co mojej mnie sprzed lat na pewno spędzałoby sen z powiek. Ale czego mam się wstydzić? Prawdy? Szczerości? Taka jestem. To są moje uczucia, odczucia, emocje. Skoro są Osoby, które chcą je czytać, skoro czasem Komuś otwierają na coś oczy, skoro na swój sposób potrafią pomóc, mogę być jedynie z siebie dumna. To wszystko to moja prawda, którą chyba faktycznie potrafię czasem nieźle ubrać w słowa.
Widzę zmianę każdego dnia. Dostrzegam jak wiele wygrzebuję z siebie możliwości, o których istnieniu nie miałam pojęcia. I powyższe zdjęcie chyba najbardziej obrazuje nieprawdziwość jednych z moich największych nie umiem, nie potrafię, to nie dla mnie, nie wszystko jest dla wszystkich. Nieprawdziwość albo zwyczajną nieświadomość. Bo to jest mój rysunek. Ja go stworzyłam. I choć czasem nadal w to nie wierzę, to jednak jest prawda. Ba, ja spróbowałam takie oko narysować jeszcze raz, żeby bardziej w to uwierzyć. I udowodniłam, że ono naprawdę moją ręką zostało stworzone. Wiele wskazuje na to, że potrafię rysować. Choć przez 35 lat życia byłam pewna, że nie potrafię. Odkryłam to w sobie całkiem niedawno.
A zaczęło się od nieudanej pierwszej próby. Jakieś półtorej roku temu, kiedy w Actionie zawołały mnie pędzle, duży zeszyt i mini zestaw farbek olejnych. Co wyszło spod tych pędzli? Coś zabawnego, co już wyrzuciłam, bo mi się nie podobało i mogłoby wysyłać mylne sygnały o tym, że powinnam zrobić coś dla świata i przestać malować. Ich już nie ma, ale nie zapomnę uczucia w środku, które powodowało prowadzenie pędzla z farbą po (wtedy jeszcze) kartce papieru. Na dwóch malunkach się skończyło. Minął około rok i któregoś pięknego dnia coś zaklikało, a ja zrobiłam spore zamówienie, idąc naprawdę już z grubej rury. Zamówiłam sztalugę, zestaw pędzli, szpachelek, podkłady pod obrazy i zestaw farb akrylowych. Doszłam do wniosku, że nie mając talentu, mogę po prostu tworzyć abstrakcję. Poza tym, nie planowałam tego robić dla nikogo innego jak dla samej siebie, więc nie miało znaczenia jak będzie wyglądał efekt końcowy.
I tak to się zaczęło. Pierwszy „obraz” jaki stworzyłam był mieszaniną barw, kresek, plam. Zresztą, on jest nawet tu na blogu. Nic nadzwyczajnego, ale patrząc na niego czułam jego energię. I to pokazało mi, jaką wszystko, co nas otacza ma moc. Włożyłam swoją we wzory, które stworzyłam na płótnie, a później one jako jedna dziwna całość emanowały własną energią, która działa na mnie w sposób trudny do opisania. Tu sam proces tworzenia okazał się być magiczny. Coś podpowiadało mi, że najlepszym kompanem będą dźwięki muzyki klasycznej. To był etap, w którym zakochałam się w muzyce Ludovico Einaudi, włączyłam ją i z pędzlem w dłoni wpadłam dosłownie w trans.
Nie potrafię opisać tego, co dzieje się ze mną, kiedy tworzę. Bo to nie dotyczy tylko malowania. Te same odczucia mam pisząc, czy rysując. Naprawdę cały świat dookoła przestaje na te kilka chwil istnieć. Jest tylko muzyka i w tym przypadku płótno, pędzle, farby, ich zapach i wizja w głowie, która co rusz się potrafi zmieniać. Teraz na przykład od prawie dwóch miesięcy tworzę obraz, który ma już za sobą kilka swoich wersji. Zaczęłam się bawić w tworzenie struktur, miałam jedną wizję, którą przelałam na płótno, nie skończyłam jej i za jakiś czas wróciłam znów z nowym pomysłem, więc całość przemalowałam. Zaczęłam tworzyć i to też po jakimś czasie okazało się nie być tym czego chciałam. To jest w tym wszystkim najbardziej niesamowite.
Ostateczna wersja została wzbogacona o nową warstwę struktury i przemalowana cała na czarno. Dodałam już na niej nowy kolor, mam w głowie mniej więcej wizję i wydaje mi się, że będzie to wersja ostateczna, ale nie mogę tego wiedzieć na pewno. Kto wie, czy jak za chwilę do niego usiądę nie wpadnę na nowy pomysł i przemaluję wszystko na biało? I to jest najpiękniejsze, bo w tym przypadku nie efekt końcowy jest ważny, a sam proces tworzenia, który wyzwala we mnie takie odczucia, które ciężko jest porównać do czegokolwiek. I mogę to nazwać rodzajem medytacji, bo tak mocno osadzoną w tu i teraz, kiedy płynę pędzlem po płótnie, nie udało mi się chyba być nigdy. Czy odkryłabym w sobie takie możliwości gdybym nie szła ścieżką, którą obrałam? Raczej wątpię, bo to są takie sfery nas do których trzeba się dogrzebać.
Rysowanie wypłynęło również samo, jakoś spontanicznie. Oglądałam na Pintereście rysunki tworzone ołówkiem. Zachwycałam się jak bardzo realistyczne obrazki można w ten sposób tworzyć używając jedynie kilku rodzajów ołówka i odpowiednich gumek do mazania. Jak cieniami można „wyciągnąć” obrazek z kartki. To było przepiękne i wcale nie wydało mi się już tak bardzo niedostępne. Wystarczyło mieć ołówki i gumki. W które się oczywiście zaopatrzyłam. I tak znalazłam kolejną rzecz, która pozwala mi wpaść w trans i medytować w jeszcze inny sposób. W efekt końcowy jak wspomniałam czasem nadal trudno mi uwierzyć. Wiem, że nie przestanę, bo chcę się rozwijać w tym kierunku.
Czuję i wiem, że tego rodzaju „hobby” uwrażliwia na wszystko wokół. Sztuka, niezależnie od tego jaka, otwiera nam oczy i duszę na coś więcej. Coś, co trudno jest dostrzec w zgiełku codzienności. A kiedy zaczniesz to dostrzegać, zaczynasz się zmieniać. Ty jako Człowiek. Wszystko w Tobie. Regularna medytacja powoduje zmiany w mózgu. Uruchamia niedostępne podczas codziennych wyuczonych schematycznych czynności, takie jego obszary, które zmieniają naszą fizjologię. Organizm zaczyna pracować inaczej. Zmieniają się nasze myśli. Podejście do życia. Do ludzi. Problemów. Zmieniają się reakcje na spotykające nas sytuacje. A jak zmienia się coś w Tobie, zmienia się wszystko dookoła Ciebie, bo to, co na zewnątrz zaczyna dostrajać się do Twoich wibracji.
Zawsze trzeba zacząć od siebie. Chaos w życiu zewnętrznym oznacza chaos w nas samych. To co nas otacza odzwierciedla to, co dzieje się w środku. Warto się temu uważniej przyjrzeć. Przeanalizować, czy to co się stało nie jest w jakiś sposób powiązane z czymś co nas w środku gniecie. Czy nie oddajemy swojej energii w jakiś sposób czemuś, co nam nie służy i czy to może powodować materializowanie konkretnych rzeczy i sytuacji w naszym życiu. Energia podąża za uwagą. Zastanów się czego chcesz doświadczać w życiu, czego nie chcesz i podejmij decyzję, gdzie chcesz kierować swoje myśli, swoją uważność, bo tak to działa. A nawet jeśli w to nie wierzysz, to po co mieć negatywne myśli? Czy to coś zmienia? No właśnie.
Możesz. Potrafisz. I to może być dla Ciebie dostępne. Musisz tylko poszukać tego w sobie. Jedynym, co Cię powstrzymuje przed sięganiem wyżej jesteś Ty sam. Nie umiem, nie potrafię i to nie dla mnie, to tylko Twój „głupi” umysł (czy ego, jak kto woli) który próbuje Cię zatrzymać w tej, tak zwanej bezpiecznej strefie komfortu. Chroni Cię przed rozwojem. Przed zmianą. Bo zmiana jest nienaturalna. Zmiana jest niewygodna. A wiesz, dlaczego to robi? Bo doskonale zdaje sobie sprawę z tego, że po przekroczeniu pewnej granicy niemożliwe przestaje istnieć. A on, czy ono, stanie się niepotrzebne, bo jego rola się skończy. Inny głos będzie silniejszy, a Ty zmienisz się na zawsze.
Nie wiem co jeszcze potrafię, a o czym nie mam pojęcia. Ale z dziką przyjemnością zamierzam to odkrywać.
P.S. Dziękuję, że jesteś
P.
Ten post ma 6 komentarzy
„PAULAAAAA ja nie wierzę tir nas bierze”. Niesamowicie dobrze jest podróżować na początku z Przyjacielem, który wierzy w Ciebie mocniej niż Ty sam. Dziękuję że Cię mam!
Love 🫶
Nie mam słów na to jak Cię kocham 🥺❤️ dziękuję, że Cię mam ❤️
Zarażaj tą wiarą w samą siebie do końca świata ❤️ Cudownie Cię mieć, słuchać, czytać, poznawać i odkrywać ❤️
Dziękuję, że jesteś ❤️ dziękuję, że czytasz, słuchasz i ufasz ❤️
„Zawsze trzeba zacząć od siebie” Proste i prawdziwe, a dla wielu tak trudne.
Często najprostsze bywa najtrudniejsze