Malta

Pakuję się. To zajmie dużo więcej czasu. Układam przed sobą dodatkową walizkę, której ciężar może zważyć jedynie dusza. Na osobnych kupkach ułożę wszystko, co koniecznie muszę tym razem ze sobą zabrać. Po dokładnym przeanalizowaniu sytuacji, kupek jest sześć.

To czego już nie potrzebuję.

To, co tak długo bolało.

To, czego się boję.

To, co trudno było odpuścić.

To za czym nie chcę tęsknić, a nie umiem przestać.

I to, z czym nie chcę już żyć.

Rozłożone jedno i to samo, na czynniki pierwsze, tak aby delikatnie skomplikować życie. Po to, aby wynik końcowy był satysfakcjonujący i zawierał wszystkie niezbędne, najdrobniejsze nawet elementy, których zawieruszenie się mogłoby spowodować pewne niedociągnięcia w próbie pozbycia się rzeczy niepotrzebnych. Ufff… Zagmatwane. Nie było łatwo ułożyć tego w sens. Nie było łatwo uporządkować zgodnie z listą tak, aby o niczym nie zapomnieć. Ale jest. Spakowane. Ważne, że ja rozumiem, co stworzyłam.

A waży dość sporo emocji.

Bo ciąży na duszy i sercu.

Trzyma zbyt nisko nad ziemią.

Emanuje nie taką energią.

Nie jestem gotowa. Nie wiem, czy można być kiedykolwiek gotowym na takie pożegnania, w które się nie potrafi. Wiem, jednak czego chcę. Wiem, czego nie chcę. I wiem jak chcę się czuć. Nie wiem, czy wrócę lżejsza o jeden bagaż. Ale najważniejsze, że spróbuję.

Wylądowałam. I jestem. Tu, gdzie być powinnam. W miejscu, które nie było pierwotnie moim marzeniem, ale zaczęło się nim stawać na plaży w Gdańsku, pewnego pięknego czerwcowego popołudnia, w którym dzieliłam szczęście i stukałam się na zdrowie Żywcem Białym 0.0 % z Jedną z Tych Trzech, z których takich Dwóch to nie ma ani Jednej.

Wszystko poszło tak jak zaplanowała, bo inaczej pójść nie mogło. Przecież Ona się tym wszystkim zajęła. Musiało być dopracowane perfekcyjnie i dopięte na wszystkie guziki na jakie miała wpływ. Jak zawsze zresztą.

I to miał być znów Nasz czas dla Nas. W innym miejscu, w inny sposób, ale Razem. Czy więc cokolwiek mogło pójść nie tak? No nie. Wszystko poszło tak, a spokój, który dzięki temu się pojawił jest przyjemny w dotyku.

Od pierwszych chwil wszystko jest dobrze. Niezależnie od tego, że zakładałyśmy początek pierwotnie inaczej. A w zasadzie końcówkę etapu początkowego. Cała droga upłynęła w spokoju wewnętrznym i przyjemnym zewnętrznym chaosie ze względu na rytmy wspomnień z młodości, które tak fajnie śpiewa się razem po latach. Upłynęło szybko i wszystko się udało. I nawet było zabawnie, kiedy On wyszedł, a Pani sobie pojechała. I nawet po wylądowaniu pogoda wiedziała doskonale jak się zachować po dostrzeżeniu lekkiego zawodu na twarzy.

Inność otoczenia uderzyła po oczach ciekawymi kolorami. Energia mijanych obiektów, miejsc, ludzi, roślin i cudów natury przyjemnie zaczęła wibrować. Jest pięknie. Od pierwszego widoku z okna samolotu, przez pierwsze kroki postawione na nowej ziemi.

Tu jest inaczej. Dużo bardziej inaczej niż sądziłam, że będzie. Pora zacząć się przyzwyczajać do tego, że wszędzie i za każdym razem tak będzie. Bo nigdy podobne emocje nie smakują tak samo. I to jest super, bo za każdym razem ten smak jest lepszy, głębszy, przyjemniejszy w doświadczaniu. Tu nawet wiatr plącze włosy inaczej.

Wszystko się nam udaje. A nawet jak zdarzają się niespodzianki przykrywamy je szczerym niewymuszonym śmiechem i dopisujemy do listy ważnych wspomnień.

Poznałyśmy inny świat. Skosztowałyśmy nowych smaków. A nawet stare miały w sobie coś unikatowego. I były takie, które nie urwały dupy. I takie, które urwały, choć trudno to sobie zobrazować.

I były łzy ze śmiechu. I latające bułki. Hotel – marzenie. Niewiarygodny urok i klimat mijanych restauracji. Pełno zapachów prześcigających się na trasie, w jedną i w drugą, codziennie. Kolorowe, klimatyczne lampki i światła. La cucaracha. Piękne poranki i magiczne wieczory.

Budząca zachwyt promenada usiana ogromną ilością łódek i statków. Imponująca ilość biegaczy. Basen na dachu jak w teledysku. Głupkowate zdjęcia, które tak bawią za każdym razem. Wakajki życia naszego Młodego. Maksymalnie wykorzystany czas.

Trzaskam się za to po twarzy – ale niepotrzebnie zabrane książki. Niewiarygodna zgodność w każdej sytuacji. Siłownia, na której byłyśmy tylko raz. Spektakularny upadek na dupę, prawie w świetle reflektorów. Magiczna energia płynąca ze wszystkiego, czego dotknęłam.

Plaża, na której zabrakło miejsca. Nowa playlista na Spotify. Komunikacja miejska, która robiła co chciała. Miejsca siedzące, jak na nocniku. Ruch lewostronny, do którego nie sposób się przyzwyczaić. Przepiękna stolica. Niesamowite budynki. Domy. Kamienice. Balkony. Drzwi. Okiennice. Wszystko we wszystkich kolorach.

Instagramowe kadry. Bezmyślni ludzie. Kolorowe lampiony. Urokliwe uliczki. Lody pistacjowe i nie pistacjowe. Wino, kompletnie nieregionalne. Przepyszne makarony. Idealna współpraca. Statki i łodzie. Strach przed utonięciem, ale chociaż w pięknym otoczeniu i tylko w pierwszej chwili.

Joga skoro świt. Tym razem winda zamiast schodów. Ogrody. Kopuły. Knajpki. Śliski plac. Beztalencia, ale odważne na gitarach. Skały. Groty. Energia natury. Wioska Rybacka. Inny niż zwykle basen. Ogromne fale. Odważni ludzie. Widoki zapierające dech.

Co rusz, coś magicznego za rogiem. Nie potrafiące jeść człowieki. Walka z własnym organizmem. Wyzwaniowy rejs w pierwszą stronę. Korzystanie z Energii w potrzebnych sytuacjach. Wyspy. Miejsca, których w sumie szkoda. Bezwarunkowa chęć udzielenia pomocy.

Śniadanie na murach Cytadeli. Przepiękne wschody i zachody. Morze we wszystkich kolorach w jakie potrafi się ubrać. Nowe spojrzenie na kamieniste plaże. Ogromna ilość kilometrów przebytych z buta. Lemoniada bazyliowa. Gbejna, której będzie brakować. I nawet Starbucks i Lidl, które pełniły ważne funkcje. Guilty pleasure wieczorami. I ferto merto.

Słońce, słońce, słońce i szu szu i deszcz i burza. I już prawie pełnia księżyca. Niewiarygodnie piękna przygoda. Tak wiele i jeszcze więcej przecież, aż trudno uwierzyć, że zmieściło się w takim przedziale czasowym.

Niezapomniane chwile, które można było przeżyć właśnie tak, tylko w takiej konfiguracji. Bo jak człowiek ma obok Kogoś z kim życie ma zawsze lepszy smak, to pomimo tego, że nie można zazdrościć, to jednak troszkę mu można pozazdrościć.

Nie wiem, czy to kwestia dojrzałości, innego rodzaju podróży, niewielkiej ilości czasu na myślenie o głupotach, bo tak wiele dobrego się działo, ale zapomniałam, że po wejściu do pokoju schowałam tą drugą walizkę pod łóżko. Pomyślałam sobie, że rozpakuję ją później, bo nie chcę sobie psuć tak dobrego humoru. A kiedy później moja dusza wraz z ciałem zaczęła dotykać i doświadczać nowej przestrzeni, w której zakochałam się od pierwszego wejrzenia bez opamiętania, totalnie zapomniałam o rozpakowaniu tej walizki. Leżała sobie na tyle głęboko pod tym wielkim łożem, że żaden róg nie zdołał przez wszystkie kolejne dni przypomnieć mi o swoim istnieniu. Nie miałam prawa się o nią choćby potknąć. Głowa natomiast jakby wyparła świadomość o tym, że ta walizka tam leży i w sumie nie wiadomo na co czeka. Być może nie było w tej głowie miejsca na to, co niepotrzebne…

Szkoda, że pewne chwile nie mogą trwać tak długo, aż się nam znudzą, albo aż spowszednieją i mniej boleśnie się będzie wracało…

Start. Jesteśmy w powietrzu. Moja walizka! Została…

A ja? Muszę to teraz odchorować…

Karaluchy pod poduchy  ❤️

 

P.S. Dziękuję, że jesteś 🤍 

P.

Ten post ma 4 komentarzy

  1. Malina

    Omg opis czuje się jakbym była z Wami. Malowanie słowami. Obraz wyobraźni coś niesamowitego. Nie mogę się doczekać dopełnienia i spotkania. P.s. tęskniłam 🫶

    1. P.

      Dziękuję 🥺❤️
      P.S. Tęsknię nieustannie jak nie ma Cię obok ❤️

  2. Isia

    Dziękuje za kolejną niezwykłą przygodę ♥️

    1. P.

      ❤️❤️❤️

Dodaj komentarz