Mogłam i naprawdę miałam prawo spodziewać się wszystkiego. Były ku temu powody, były podstawy. Niejeden raz przecież słyszałam. Nie jeden raz wyciągałam swoje wnioski, na podstawie przydługich monologów, którym w pewnym momencie już tylko przytakiwałam, żeby niepotrzebnie nie wchodzić w dyskusję. Dla własnego świętego spokoju. Takiego świętego, że w żaden sposób nie udawało się go osiągnąć. Ani świętego. Ani żadnego spokoju.
Już raz dostałam w twarz w podobny sposób. Już raz ryczałam z tego powodu w dniu własnych urodzin, bo Ktoś równie mocno zraniony i rozgoryczony podobnym strzałem w pysk, składając „szczere” życzenia, postanowił mi je w ramach niezobowiązującego prezentu spieprzyć. Tak jakby spędzanie ich samej z kieliszkiem wina, nie nadawało im miana bycia wystarczająco mocno spieprzonymi. Czego do końca nie rozumiem, ale przecież rozumieć wszystkiego nie muszę. Widocznie w niektórych ludziach jak coś się porządnie uleje, przestają istnieć jakiekolwiek okoliczności łagodzące.
Trudno mi było w tamtej chwili uwierzyć w to, co usłyszałam. Trudno było wyciągnąć z pewnych ram Osobę, która miała swoje osobiste, zadbane i przytulne miejsce w moim sercu od tysięcy lat, bo tak Ją czułam. Jakby tam była, odkąd nie pamiętam. Czyli od bardzo dawna.
Aż tu nagle stanęłam przed decyzją wyciągnięcia Jej stamtąd i zderzenia z prawdą, w której istnienie nie chciałam wierzyć. O której wiedzę nie prosiłam. Nie była mi do niczego potrzebna. I jakoś niespecjalnie miałam ochotę na to, żeby ktokolwiek łamał mi serce, które jeszcze nie zdążyło się skleić. Przeżyłam to w sobie tak jak potrafiłam najlepiej i skonfrontowałam w szybkim czasie. Przy pierwszej możliwej okazji. Nie lubię zwlekać z rzeczami, które ciążą. Jakoś poszło. Trochę się wylało. Ale ogólnie skończyło się dobrze, bo chyba byłam wystarczająco głupia, żeby nie chcieć tego pożegnać. Postanowiłam dać szansę, bo nic wielkiego na dobrą sprawę się nie stało.
Dziś wspominając tamto wydarzenie, trudno pogodzić mi się ze świadomością niespłacenia rat danego wtedy kredytu zaufania. Nie do końca jestem w stanie zrozumieć mechanizm działania ludzkiej psychiki. Kim właściwie trzeba być, żeby w taki sposób? Posiadając już sporą wiedzę i zaplecze świadomości, czego można się spodziewać po ludziach, zwłaszcza wtedy, kiedy się po nich nie spodziewam, tego przewidzieć się nie dało.
Łatwiej wmawiać sobie, że coś takiego może spotkać kogoś innego, niż mnie, która oddałam całe serce. Mając podgląd, wgląd i dość mocno otwarty umysł ostatnimi czasy, nie byłabym w stanie dostrzec możliwości pojawienia się choć odrobinę podobnych ciosów z tamtej strony. Zwyczajnie nie byłabym w stanie sobie wyobrazić, że można kogoś kochać i użyć tak ostrego narzędzia do rozorania pleców Bogu ducha winnemu człowiekowi, który zwyczajnie od zawsze robił wszystko, żeby pomagać i bronić. Nawet kiedy naprawdę już brakowało argumentów, podstaw, czy choćby chęci.
I tamto zderzenie, było jeszcze mniej przyjemne. Co w zasadzie nie powinno dziwić, biorąc pod uwagę siłę wymierzonych ciosów. Tyle, że o dziwo, po czasie, mimo wszystko, tym razem przyniosło ulgę. Z tego nie dało się wybronić. I przyznaję, że bardzo trudno pozwala się Komuś takiemu odejść. Jeszcze trudniej, kiedy tli się w głowie myśl, że ten Ktoś odchodzić nie chce. Przynajmniej w pierwszej chwili.
Tyle, że są w życiu granice, których się nie przekracza. O ile ma się te granice wytyczone. Moje zostały przekroczone na tyle dotkliwie, że musiałam otworzyć drzwi i wyprosić zwyczajnie na zewnątrz, bo dłużej się nie dało. Bo ta przestrzeń, którą zajmowała zaczęła się kurczyć po pierwszym niesprawiedliwie usłyszanym zdaniu, które cięło skórę do kości. Kurczyła się usilnie tak, jakby chciała Ją wycisnąć z siebie na siłę. I tak wyciskała, wyciskała, aż wycisnęła. A później wypełniona morzem łez, znów wróciła do pierwotnych rozmiarów, tyle, że nie wypełniona niczyją obecnością.
To dość zaskakujące w jaki sposób się z tym wszystkim ułożyłam. Prawdopodobnie, gdybym nie była tu, gdzie jestem, do dziś nie potrafiłabym się z tym pogodzić, a uraza jaką bym czuła kłułaby jak drzazga. Albo sama zrobiłabym coś w tamtym kierunku, żeby załagodzić. Żeby wrócić do tamtego schematu. Żeby wrócić do tego, co znałam. Tu, o dziwo, potrzebowałam jedynie odrobiny czasu na osuszenie wolnej przestrzeni, która nie zdążyła się przelać nadmiarem łez, bo jednak ich zabrakło, kiedy uświadomiłam sobie, że nie warto.
Z czasem nawet „okazało się”, że podobno w tej sytuacji to nie ja byłam ofiarą… I dość łatwo przychodzi wybaczenie, kiedy ma się świadomość, że danie go nie jest prezentem dla oprawcy, a dla siebie. To buduje jednak taki pomost, który poprawia zachwianą stabilność w życiu, której Ktoś był częścią i nagle przestał. Takie mądre zdanie ostatnio mi się przypomniało, że jeśli masz dobre serce nie tracisz ludzi, to ludzie tracą Ciebie. Smutne, ale czy nie jest prawdziwe? Jeśli dajesz dobro a w zmian otrzymujesz zło, to po której stronie leży wina?
Ile można karmić się złą energią, która od jakiegoś czasu już naprawdę nie wnosi nic dobrego? Kiedy rzucasz już grochem o ścianę od lat i jedyne co osiągasz, to własne spadki energetycznie, więc po co? Czy nie łatwiej jest udostępnić to miejsce w życiu, dla Kogoś, kto zwyczajnie doceni, że jesteś? Kto daje dobro i w ramach naturalnie przychodzącej wymiany otrzymuje je w zamian? Kto dostrzeże w Tobie to co powinien widzieć drugi człowiek? Zamiast tego, co sam sobie dopowiada, wyolbrzymia i z najzwyklejszych brzydkich posiadanych cech, graniczących chyba z nienawiścią do wszystkiego, co inne i niewystarczająco dołujące, wypowiada się tak, że trudno w to uwierzyć?
Okazuje się, że stawiając na siebie i wybierając odpowiednią drogę w życiu, musimy pogodzić się z myślą, że nie każdy za nami nadąży. Ba, wiele osób nawet nie będzie miało ochoty za nami nadążać. I zwyczajnie zaczniemy ich wkurwiać do tego stopnia, że nie ugną się przed niczym. Co nie znaczy, że coś tracimy. Czy, że to z nami coś jest nie tak. Na własnym przykładzie wiem, że każda lekcja jest potrzebna. Bo sprawia, że dziś jestem kim jestem.
Każdy element układanki, który popycha nas w odpowiednim kierunku jest totalnie niezbędny. Niezależnie od tego, jak bolesne wywołuje emocje i jak bardzo rani. Najistotniejsze w tym wszystkim jest to, że na takich elementach nasz świat się nie kończy. On biegnie niestrudzenie dalej, pokazując nam z czasem, że naprawdę dobrze się stało.
Okazuje się nagle, że dwa zwolnione miejsca są tak ogromne, że zmieściło się w nich w zamian kilka nowych Osób. Tak pięknych i tak niewyobrażalnie dobrych, że zwyczajnie nie ma już jak pomieścić złych emocji powiązanych z tymi dwoma stratami. Bardzo szybko da się z nimi pogodzić, bo na miejsce tamtych uczuć spada niewyobrażalna fala wdzięczności za tych, którzy zajęli tamte miejsca. Tak przecież totalnie niespodziewanie.
Życie potrafi zaskoczyć bardzo pozytywnie, w bardzo krótkim czasie. Jestem niewiarygodnie wdzięczna za każdą lekcję jaką dostałam, bo czuję, że tylko dzięki nim dziś mój świat jest taki piękny. Pewne rzeczy muszą się wydarzyć, żeby go zwyczajnie oczyścić.
Z tego miejsca bardzo dziękuję moim Małym Wielkim Cudom za to, że po prostu są ![]()
Nie rozpaczaj zbyt długo, nad stratą Kogoś, kto wyczerpał już przyznany mu odgórnie limit Twojego czasu i dobra. Nawet nie zdajesz sobie sprawy z tego jak niesamowicie życie Ci wszystko wynagrodzi ![]()
P.S. Dziękuję, że jesteś
P.
Ten post ma 4 komentarzy
Tak wiele dzielisz ze światem, że zasługujesz na całe dobro, które otrzymujesz. Wypełniasz tym pustkę powstałą po „oddaniu”.
Jak zwykle wszystko pięknie ubrane w słowa.
Mój Mały Wielki Cud 😘❤️
Cieszę się, że jest nowy wpis ❤️
Ukradam kawałek i oznaczam☝️❤️😘
Wielkie Love 🫶
Cud 😘❤️