Sznurek

Mam czasem dziwne wrażenie, graniczące z lekko zachwianą pewnością, że ciągle coś próbuje się we mnie dobić do głosu. Że czegoś, co uparcie krzyczy z najgłębszych zakamarków podświadomości do świadomości, nadal nie odkryłam. Tak jakbym nie do końca jeszcze wszystko wiedziała.

Z jakiegoś powodu uczepiłam się tej jednej rzeczy i nic nie jest mnie w stanie od niej odczepić. Choć mam czasem tak, że już bardzo bym chciała. Niezależnie od tego, jak wmawiam sobie, że to już ten czas, kiedy powinnam zmienić kierunek wysyłania tamtych części myśli, nagle zaczynają materializować się sytuacje, słowa, zdania, ludzie, obrazy, a nawet zapachy, które karzą się na moment zatrzymać i nie podejmować zbyt pochopnych decyzji, żeby czegoś niechcący nie zepsuć.

I w sumie wiele składa mi się w całość, choć ta całość pomimo tego, że jest całością, ostatecznie jest niezbyt doskonała. Chociażby ze względu na to, że kompletnie nie rozumiem jej sensu.

Na początku po przeczytaniu pewnego ćwiczenia, z pewnej książki, której tytułu nie przytoczę, bo raczej wątpię, żeby ktokolwiek czuł potrzebę jej czytania, dotyczącego nazwijmy to roboczo odcięcia, pomyślałam, że ogólnie ma to sens. Następnie doszłam do wniosku, że być może powinnam owe ćwiczenie wykonać, że dlatego właśnie na nie trafiłam. I zaczęłam układać w głowie plan, jak to zwykle robię, próbując ustalić najlepszy dzień, godzinę, sposób. W trakcie owego planowania doznałam odczucia, w którym całe moje ciało wzniosło taki bunt na to, póki co mentalne jedynie przedsięwzięcie, że musiałam się zatrzymać.

Z początku pomyślałam, że zwyczajnie nie chcę tego robić, a to jest odpowiedź i ok, ma to sens, szanuję za tak otwarte okazywanie uczuć. Wchodząc w dialog wewnętrzny zaczęłam argumentować całą sytuację tym, że być może owym „buntem” pokazuję sobie po prostu jak bardzo boję się, tego dokonać, bo co mi wtedy zostanie? Bo nie będzie powrotu, kiedy to połączenie zostanie zerwane. A wydaje mi się, że z tego strachu, to ja po prostu bardzo tego nie chcę. Obiecałam sobie, że będę siebie „słuchać”, ale w tym jednym przypadku wydawało mi się, że ta reakcja może być faktycznie strachem przed nieznanym, a nie próbą odciągnięcia mnie od podjęcia złej decyzji. Mając to na uwadze zdecydowałam, że ćwiczenie wykonam, bo ileż można funkcjonować na wdechu?

I ok, wyznaczyłam datę i czas, pomału zaczynałam przygotowywać się psychicznie do tego egzaminu, na którym do wykonania będzie jedno, aczkolwiek cholernie trudne zadanie i czekałam „spokojnie” na ustalony termin.

Dzień przed zaczęły się dziać dziwne rzeczy. Nie jakoś spektakularnie dziwne dla kogoś mniej wnikliwego ode mnie. Podejrzewam, że większość istot nie zwróciłaby na takie uwagi, ani nie nazwałaby ich dziwnymi. Ja staram się widzieć we wszystkim więcej i tym sposobem zaczęłam dostrzegać więcej niż spodziewałam się zobaczyć. Chwila po chwili i znak za znakiem odnosiłam wrażenie, że wszystko naokoło stara się mnie usilnie odciągnąć od podejścia do tego egzaminu.

To, co planowałam „psuło się”. Niczego nie udawało się ułożyć w tym czasie tak, aby stworzyć odpowiednio sprzyjające warunki, bo cały czas pojawiały się jakieś przeszkody. A ostateczny i największy znak, jaki się zmaterializował, poczułam na tyle silnie w sobie, w swoim ciele, że już wiedziałam, że do tego egzaminu nie dojdzie. Teraz musiałam siebie posłuchać, bo to nie był przypadek. Oczywiście, że nie zapytałam, dlaczego, bo staram się zadawać mądre pytania. Ale też nie zapytałam po co. Bo zwyczajnie miałam już dość takiego obrotu spraw. I wcale, ale to wcale nie chciało mi się w tym znowu grzebać, ani szukać sensu. Więc przestałam. Pozwoliłam, żeby samo się działo, w rytmie dla tego przeznaczonym. I tak sobie trwa, nadal na tym samym sznurku, czy może wstążce? Ładniej brzmi. A może to po prostu nie ja tą wstążkę zawiązałam i nie moją rolą jest ją przecinać? W każdym razie odpowiedź się pojawi, wtedy, kiedy przyjdzie na to czas.

Zrozumiałam natomiast jedno. To, że jeszcze nie do końca potrafię interpretować reakcje swojego organizmu, na pewne sytuacje. Co wydawało mi się w pierwszej chwili absurdem, bo przecież tak wiele już wiem. Otóż nie wiem. I pewnie nigdy na 100% wiedzieć nie będę, bo są takie uczucia, które zaburzają równowagę emocjonalną organizmu i powodują burdel w głowie czy umyśle, a najbardziej to już w sercu. Wszystko przewraca się do góry nogami. Po prostu. Choć tu, postaram się wyciągnąć jakieś wnioski. No bo skoro w momencie zastanawiania się nad podjęciem jakiejś ważnej decyzji, wszystko we mnie wznosi bunt, to czy strach przed konsekwencjami ma aż taką siłę przebicia? I nie mówię tu o pojawieniu się chęci ucieczki przed tym przedsięwzięciem, ale jakimś takim wewnętrznym zastopowaniem przepływu energii, połączonym z ciarkami na całym ciele. O, chyba tak to właśnie było czuć. Jakby wszystko się spięło i mówiło, nie, to nie jest dobry pomył. Więc musiałam po prostu początkowo dokonać błędnej interpretacji.

Obiecałam sobie być swoim najbardziej wnikliwym obserwatorem, a w kolejnym etapie po prostu siebie słuchać. I wcale nie jest to łatwe, bo decydując się na to nikt nie dał mi żadnego klucza do interpretacji pewnych nieoczywistych reakcji mojego organizmu. Najgorsze w tym wszystkim jest to, że nikt nie jest mi go w stanie dać. I jedyną możliwością jest podejmowanie działań odnośnie poszczególnych reakcji, metodą prób i błędów, a po fakcie wyciąganie odpowiednich wniosków. Głupie to, bo wcale mi się nie chce. Ten proces jest długi, mozolny i w ogóle do dupy.

– Ale gdzieś zmierza, prawda? – oho, dialog wewnętrzny?
– Z jednej strony spoko, przecież to mi pomoże, a z drugiej łatwiej jakby ktoś to wszystko podał na tacy
– Jak poda na tacy, to nie zrozumiesz, nie zakodujesz i nie nauczysz się tak naprawdę na 100%. Granica błędu podjętej decyzji zawsze będzie przesunięta w nieodpowiednią stronę, tego chcesz?
– No nie
– No dobra, czyli decyzja podjęta?
– Tak, podjęta, wezmę się i za to…

Mądrzejszy głos wygrał. Eh… no to sobie jeszcze chwilę poszperam…

A ćwiczenie przydało się w zupełnie innej sytuacji. Przypadek? Nie sądzę.

P.S. Dziękuję, że jesteś 🤍 

P.

Dodaj komentarz