6:00. Pierwsze wrażenie nie zachwyca. Noc zaskoczyła burzą – niezgodnie z umową. Było chwilę spokoju aż do teraz. Zza wierzchołków przyszły chmury, które po fakcie okazały się być chwilowym deszczem, trochę jakby na pożegnanie. Dostała więc ta anomalia możliwość wypłakania się ostatkiem sił, które jej pozostały. Tutaj nic nie mogło stanąć na przeszkodzie. Po kilku minutach plecaki i poczucie triumfu już są na plecach. Czas ruszyć w drogę.
Zaczyna się magia.
Jeśli potrafisz wystarczająco mocno być, zostawiasz za sobą życie. Na te kilka godzin. Im bardziej jesteś, tym więcej widzisz. Im więcej widzisz, tym mocniej czujesz. Potęga natury wyrzuca w powietrze najmniej potrzebne myśli. Chowa je gdzieś i obiecuje oddać, kiedy wrócisz. Ufasz, akceptujesz i w sumie się cieszysz, bo nagle jest Ci jakby lżej. Liczy się to, co jest tu i teraz. Te godziny, w których możesz zapomnieć o wszystkim, co niepotrzebne.
Na początku ścieżki zastygasz. Zamykasz oczy. Zapach świeżości powietrza uderza w nozdrza. Wypełnia płuca drogocennie czystym eliksirem, do którego zbyt długo nie było dostępu. Ciało jest wdzięczne. Od razu czuje różnicę. Od razu chce więcej i więcej. Więc oddychasz. Swobodnie. Ale świadomie, żeby czerpać z tego doświadczenia na każdym poziomie.
Otwierasz oczy. Rozglądasz się ostrożnie dookoła. Uśmiechasz, na widok otoczenia, które tego dnia będzie Ci towarzyszyć przez wiele godzin. Od pierwszego wejrzenia zakochujesz się w kolorach, które Cię otaczają. Zaczynasz zwracać uwagę na dźwięki, dobiegające nieśmiało do Twoich uszu. Szum potoku gra muzykę piękniejszą niż Ludovico Einaudi, w co niektórym trudno byłoby uwierzyć. Wsłuchując się pozwalasz tym dźwiękom przepływać przez głowę. Wpływać do ciała. Wibrować gdzieś głęboko w środku. Głaskać emocje. Powodować przyjemne dreszcze.
Dostrzegasz Księżyc, który w kolejnej fazie po pełni ostatkiem sił próbuje przebijać się jeszcze przez rozpoczynający się coraz śmielej dzień.
Te największe szczyty majaczą z oddali swoją siłą, która, jeśli odpowiednio się jej przyjrzysz spowoduje przepływ odczucia szacunku przez każdą część ciała bez wyjątku.
Złoto jakim słońce maluje zbocza gór powoduje uśmiech. Po niebie, które swoim błękitem styka się z ich wierzchołkami, przepływają obłoki w różnych odcieniach bieli i szarości w przedziwnie pięknym tempie, którego niestety nawet najlepszy aparat nie ma możliwości uchwycić. A szkoda. Miło by było czasem sobie naocznie przypomnieć jakie zjawisko to powodowało uczucia. Jest pięknie. A to dopiero początek. Nie zapowiadający w tej dość długiej pierwszej fazie wędrówki, że słowo pięknie za kilka godzin będzie można pomnożyć przez milion, a i tak nie odda tego, czym natura jeszcze zachwyci.
Po tej stronie jest inaczej. Po tej stronie ani przed, ani za, przez długi czas nie widać żywej duszy. Po tej stronie jest magicznie. Jest dziko. Cicho. Klimatycznie. Z lekkim dreszczykiem emocji, kiedy mijasz ostrzegawcze tablice napisane w obcym języku, a przedstawiające niedźwiedzia, z którym masz nadzieję, nie dostać możliwości się spotkać. Po tej stronie potęga i siła tej części natury jest jakby większa. Jest bliższa. Jest na wyciągniecie ręki. Nie oszukujmy się. Jest piękniejsza.
Chodziły słuchy, że droga będzie przydługa i monotonna. Jednak po 4 godzinach z groszami, kiedy docieracie do tak pięknego miejsca, że aż trudno je ubrać w słowa, świadomość, ile upłynęło czasu jest dość zabawna i jednocześnie niewiarygodna. Kiedy to minęło? Nie wiesz. I w sumie nie ma to większego znaczenia. Bo jesteś, tak jak powinno się być w takich miejscach. I w takich chwilach. I z tymi Ludźmi. Zachwyt budzi obraz, który namalowała natura. W ramach niespodzianki, zza chmur wychyla się słonce podbijając ten magiczny widok kilkoma nowymi odcieniami kolorów, kładąc ostrożnie w kilku miejscach złote promienie. Chcesz tak trwać już zawsze. A przynajmniej móc teleportować się w to miejsce za każdym razem, kiedy życie postawi Cię przed jakimkolwiek wyzwaniem. Tutaj nic się nie liczy, poza tym, co jest. Tutaj kocha się całym sercem każdy element składający się na te kilka niesamowitych chwil.
Już wiesz, że nie będzie przydługo. Już wiesz, że nie będzie monotonnie. Bo wiesz, jak to przeżyć. Wiesz, jak czuć. Z każdym kolejnym krokiem, kamieniem, podejściem, spotkaną Kozicą w dość bliskiej odległości, każdym promieniem słońca przebijającym się przez chmury, nowym dostrzeżonym szczytem, chcesz więcej i więcej.
Tym razem starasz się bardziej rozglądać. Oglądać za siebie. Dostrzegać szczegóły. Być. Otoczenie jest magiczną krainą, którą prawdziwie widzi się innymi oczami. Żeby wyciągnąć z niej jak najwięcej trzeba doceniać wszystko, co napotyka się na drodze. Bo wtedy odbiór jest inny. A przeżycia trudniejsze do opisania.
Na pierwszym szczycie oglądasz się za siebie. To, co jest za Tobą zachwyca. Po chwili jednak zanosi się mrocznymi chmurami. Robi się chłodniej, a jakiś obcy głos mówi, że trzeba iść dalej, bo pogoda niedługo będzie płatać figle. Ale czy wierzysz? No nie, bo przecież pogoda jest dogadana i na szczycie widoczność ma być idealna. Jakby na potwierdzenie chmury zaczynają się rozpływać i ruszacie dalej.
Uśmiech dwóch wracających Osobników podczas wspinaczki i słowa „This is just the beginning” brzmią obiecująco. Widok jaki po pewnym czasie zaczyna przed Tobą majaczyć imponuje siłą i poziomem trudności. Ale czy straszy? Absolutnie. To przyjemne wyzwanie, które podejmujesz z dziką przyjemnością.
A kiedy udaje się dotrzeć na szczyt nie ma słów. Nie ma powietrza. Nie ma czasu. Nie ma innego życia. Jesteście Wy. Są zbite piątki. Jest to miejsce. Jest duma z tego osiągnięcia. Są zdjęcia na pamiątkę. Jest niewiarygodny widok. Imponująca wysokość. Słońce w otoczeniu przepięknych obłoków. Jest milion kolorów, odcieni, barw. Jeden mały ptaszek. Tak wysoko. Jest inny świat. Jest magia w czystej postaci.
I po jakimś czasie pojawia się nutka zawodu gdzieś głęboko w środku. Bo zamiast wracać, chciałoby się wejść jeszcze raz. Ale dla takich chwil warto żyć.
Poza tym, plan na wieczór po powrocie zapowiada się bardzo przyjemnie pod kątem szalenie istotnych w życiu rzeczy. Więc powrót start. On też będzie piękny, bo w otoczeniu tej samej magicznej krainy.
Piękniej może być tylko następnym razem.
Tatry Słowackie. Mała Wysoka. Przez Polski Grzebień. 12 godzin w okolicznościach przyrody, których nikt odpowiednio nie opisze, żadne zdjęcie nie odzwierciedli. Mimo wszystko. To trzeba przeżyć. Tam trzeba wleźć. A później zleźć. I za jakiś czas odkryć jakiś nowy piękny szczyt i przeżyć nowy i jeszcze piękniejszy czas.
Dla takich chwil się żyje. I coraz łatwiej wraca do rzeczywistości, mając świadomość, że już niedługo poczuje się to jeszcze raz. Gdzieś indziej. I prawdopodobnie bardziej.
Wystarczy spróbować raz. Zakochać się. I już nigdy nie chce się przestać.
Góry Cię zmienią. Na lepsze. Jeśli Im na to pozwolisz.
A życie jest cudem. Więc przeżyj je najpiękniej jak potrafisz.
„All My Ex’s Live in Texas…”
P.S. Dziękuję, że jesteś
P.
Ten post ma 6 komentarzy
Uspokojenie mysli i obcowanie z przyroda 🥰 może się kiedyś do Was dołączę ❤️
Nie możemy się doczekać ❤️
Dziękuję za ten wpis i te wspólnie przeżyte magiczne chwile ❤️ Wariacie… 🤪
😆❤️
Znam to uczucie kiedy góry „wołają”. Nie mogę się doczekać, kiedy i ja podejmę nowe górskie wyzwanie.
🤍