The only way to experience something different is to do something different

~ Know Thyself podcast

 

***

 

Zadziwia mnie ostatnio to z jaką łatwością przychodzi mi triggerowanie samej siebie. Z jaką chęcią chcę w sobie drążyć tylko po to, aby móc iść dalej. A to drążenie i triggerowanie wcale nie jest przyjemne w obcowaniu. Ale jest potrzebne, jeśli wybiera się iść dalej, zamiast stać w miejscu. Powiedziałam A, więc mówię B. I celem samym w sobie nie była zmiana konkretnych cech, czy zachowań jakie dziś są doskonale widoczne. Ja nawet nie miałam intencji, aby którąkolwiek z nich zmienić. Ostatecznie okazało się, że to wszystko nie na tym polega. To jest najzwyczajniej w świecie skutek uboczny. Wszystko samo wskakuje na właściwe miejsce. Jestem żywym przykładem na to jak bardzo można ewoluować fizycznie, mentalnie i emocjonalnie w zaledwie 3 lata podejmując jedną decyzję o zakupie warsztatu online.

Wiem, że nie od tego się zaczęło, bo wiele maleńkich tiptoczkowych kroczków postawiłam, odkąd usłyszałam pierwsze podszepty własnej Duszy. Doskonale pamiętam, jak usiadłam pierwszy raz do medytacji wieczorem normalnie jak człowiek na fotelu i włączyłam timer na 5 minut. Za krótko. Na 7. Może jeszcze troszkę. Na 10. I to było już naprawdę dużo. Wtedy nie sądziłam, że będę kiedykolwiek w stanie usiąść na godzinę bez przerwy. Nie wspominając o tym co wyprawiałam na Vipassanie. Ale najlepsze jest to, że gdybym wtedy nie usiadła na te pierwsze w życiu 5 minut co nawet trudno nazwać medytacją, dziś nie byłoby mnie tu, gdzie jestem.

I owszem chciałabym, żeby to nie musiało trwać tak wiele lat. Kosztować tak wiele ciężkich przeżyć i emocji. Ale kiedy dziś o tym myślę, to przecież to już było. Jeszcze tyle dzięki temu będzie. A moją rolą jest, aby dziś i teraz podejmować najlepsze decyzje, a nie oglądać się za siebie, czy wybiegać do przodu w poszukiwaniu końca tej drogi.

Wydaje mi się, że z coraz większą łatwością zaczynam podejmować decyzje, a dzięki temu w magiczny sposób materializują mi się przez oczami możliwości, o które nie da się potknąć nie zauważając ich. Wszystko zaczyna się układać w taki sposób, aby ostatecznie to coś lub Ktoś mogło na nas spaść. I spada. Tak jak Abhi o którym niedawno wspominałam.

Nasza relacja ewoluuje z dnia na dzień na coraz wyższe poziomy zaufania i nie sposób nie zauważyć jak wiele każde z nas wnosi wzajemnie we własne życia. Choć mi trudno uwierzyć, żeby On z mojej strony dostawał równie dużo, ile ja dostaję od Niego, ale nie mi oceniać, jak się nie raz miałam okazję przekonać otrzymując odpowiedź na tego typu rozmyślania. Dostałam od Wszechświata na tej Ziemi i w tym życiu swojego osobistego Anioła w ludzkiej skórze, którego dobro mnie zachwyca za każdym razem jak mamy ze sobą jakąkolwiek interakcję.

Za co? Nie wiem, ale wygląda na to, że musiałam zrobić coś dobrego, bo czasem nie mieści mi się to w głowie. Ale chyba najbardziej w tym wszystkim zadziwia fakt z jaką łatwością przychodzi mi po tym przez co przeszłam, pozwolenie Mu na pracę z tym do czego tak bardzo nie pozwoliłam się do tej pory zbliżyć nikomu. Z najgłębszych warstw serca podziwiam za chęć, odwagę i siłę do dźwigania z taką łatwością, lekkością i otwartością tego wszystkiego, co zrzucam na Jego barki w ten czy inny sposób. A jeszcze większe wrażenie robi świadomość, że przecież nie tylko mojego wszystkiego…

Kiedy napisał mi o TRE, nie potrzebowałam nawet chwili na zastanowienie się czy chcę, czy jest mi to potrzebne, czy nie. Było. Bo Abhi spadł mi z nieba. Był odpowiedzią na moje nieme wołanie o wsparcie. Był dłonią, która wysunęła się w moim kierunku dokładnie wtedy, kiedy potrzebowałam tego najbardziej. Choć nie sądziłam, że tego typu praca może być tak silna. Żeby to zrozumieć trzeba samemu doświadczyć.

Aktywuję Kundalini i wiem do czego ciało jest zdolne bez naszej kontroli, ale te ruchy są zupełnie inne. Zresztą to są zupełnie inne techniki, które mają wspólny cel, ale dążenie do niego odbywa się na zupełnie różnych ścieżkach. Świetnie się wzajemnie uzupełniają i przeplatają, ale nie można ich ze sobą porównywać. Obie w moim przypadku, są niezbędne – podjęłam decyzję i się jej trzymam.

Tym razem miało być zupełnie inaczej. Ponieważ tydzień wcześniej miałam swoje pierwsze doświadczenie w temacie TRE na sesji wprowadzającej na której było nas cztery, a ostatecznie zostałyśmy we trzy. Już wtedy coś we mnie puszczało, bo popłakiwałam sobie, ale wiedziałam, że następny raz w sesji 1:1 będzie zupełnie inny, bo cała uwaga Abhiego skupiona będzie na mnie, a ja będę słyszeć jedynie Jego.

Nie zmieniało to faktu, że po czułam się trochę tak jak po powrocie z Vipassany. Miałam wrażenie jakbym płynęła przez świat, a nie chodziła, czułam ten przyjemny „haj”. Gorzej zaczęło się robić kolejnego dnia. To znaczy, kiedy obudziłam się rano czułam się dobrze. Położyłam się później spać niż zwykle, ale też później wstałam, bo wiedziałam, że powinnam sobie dać więcej czasu na odpoczynek. Wstałam, zrobiłam medytację. Planowałam pójść na rolki, ale jakoś wewnętrznie poczułam, że moje ciało potrzebuje jednak więcej spokoju. Zdecydowałam zrobić jogę i pójść na spacer. I owszem jogę zrobiłam, pisałam też trochę w dzienniku, a później czas zaczął mi uciekać przez palce. A był to dzień, w którym jechaliśmy do Krakowa na koncert, więc nie miałam zbyt wiele swobody w działaniu.

Czas nieustannie się kurczył, a ja miałam jeszcze tak wiele do zrobienia przed wyjazdem. Wiedziałam, że wrócimy w nocy, a nie chciałam opuścić wieczornej medytacji, więc zdecydowałam ją zrobić przed wyjazdem. Zaczynała się we mnie uruchamiać frustracja i nie udało mi się wejść nigdzie głębiej i wyjść poza ānāpānę, z której w ogóle nie byłam dumna, bo trudno powiedzieć, że udało się ją utrzymać przez choćby 3 minuty.

Zamiast medytować zaczęłam rozmyślać o tym jak najchętniej zostałabym w domu, poszła do lasu przytulić się do drzewa albo połazić gdzieś boso po trawie. Zaczynałam być wkurwiona, a nie sfrustrowana, sama na siebie o ten stan. Zaczęła mi lecieć głowa, bo czułam coraz większe zmęczenie.  Więc po 40 minutach dałam za wygraną i jak siedziałam tak położyłam się na podłodze i usnęłam na 20 minut z nastawionym budzikiem. Obudziłam się jeszcze bardziej zła, ale musiałam się zbierać.

Czekając na powóz zdecydowałam, że coś zrobić muszę, bo zwyczajnie wybuchnę. Nie miałam więcej jak pewnie z 5 minut, ale stanęłam boso na tej trawie, żeby nie zwariować. Emocje trochę opadły, kiedy połączyły się moja Energia i Energie moich Ludzi, w drodze opowiadałam o swoich ostatnich procesach i czułam się naprawdę wysłuchana, więc zdecydowanie było mi lżej.

Na miejscu spacerkiem poszliśmy zjeść więc przytłumiłam ból dupy o spacer, na który nie udało mi się pójść. A później zjedliśmy epicko pysznie jednak po włosku, bo po tajsku okazało się być w „kiosku”, w którym zresztą nie było dla nas miejsca. Koncert był fantastycznym wydarzeniem. Pierwszym w życiu tak „kulturalnym” i było naprawdę przepięknie. Każdy dźwięk wibrował we mnie niesamowicie i cieszyłam się, że tam jestem.

Choć… Tak, jest choć. Bo cały czas było mi zimno. Czy to na zewnątrz, czy w środku, po prostu marzłam. Co raczej rzadko mi się zdarza w warunkach niesprzyjających marznięciu. Nie do końca to rozumiałam i w drodze powrotnej na moje osobiste życiowe szczęście moja Druga Połówka zabrała dla mnie koc na drogę do spania, więc jechałam nim opatulona i było względnie ok.

Noc była takim wyzwaniem jak rzadko kiedy. Musiałam przykryć grubaśną kołdrę grubaśnym kocem i próbowałam usnąć w pozycji embrionalnej. Gówno. Po jakimś czasie wstałam, założyłam legginsy, bluzę i bardzo grube skarpety, które zakładam zwykle po morsowaniu i dopiero wtedy udało mi się usnąć. Rano wstałam dużo później niż zwykle, bo też położyłam się później spać, ale obudziłam się zła i sfrustrowana. Podczas medytacji płakałam.

Cały ten dzień był do dupy. Choć na urlopie. Poszłam na rolki, ale wcale nie było mi po nich lepiej. Pojechałam więc z kakao na stawy, posiedzieć, pogapić się na wodę i na kaczki, połazić na boso, przytulać się do drzew. Trochę pomogło, ale znów jak wróciłam do domu zaczęłam płakać i nie mogłam przestać. Nie wiedziałam dlaczego.

Abhi napisał mi, że nie dałam sobie odpowiednio dużo czasu na integrację tego, co odpaliło się podczas sesji. Niby logiczne, powinnam to wiedzieć, koncert wyzwolił mnóstwo emocji, plus energia tych wszystkich osób dookoła. Taką sobie niezamierzenie zafundowałam lekcyjkę na przyszłość. I tu po raz kolejny ukłoniło się przede mną dobro tego niesamowitego Kosmity, który zupełnie spontanicznie poświęcił mi kolejną godzinę na przeprowadzenie przez ćwiczenia, które pomogą mi przywrócić równowagę… I pomogły. A są tak proste, że aż trudno mi uwierzyć, że na takie emocje mogą pomagać…

Ale to była dla mnie lekcja. Może to mocne słowo, ale trochę tak czuję jakbym zbyt lekceważąco podeszła do całego procesu integracji, a prawda jest taka, że odgrywa on kluczową rolę. Wydawało mi się, że znam siebie na tyle, że potrafię przez to przeskoczyć. Sądziłam, że ponad dwa lata niekoniecznie regularnych, ale bardzo częstych głębokich sesji breathwork nauczyły mnie już co mogę, a czego nie i czego potrzebuję, a czego nie. Oj jak bardzo się myliłam. Tak, potrafię się czuć z dużo większą łatwością. I odpowiadać na swoje potrzeby. Ale tu wchodzimy jeszcze głębiej. A to wymaga jeszcze więcej mojej uwagi. Więc biję się w pierś i obiecuję poprawę. Sobie.

Po niecałym tygodniu nastał dzień naszej sesji 1:1. Od rana czułam się fantastycznie. Odkąd wstaję o 4 nie czułam się tak wyspana w żaden dzień, a to już ponad dwa miesiące. Położyłam się nawet pół godziny później niż zwykle i to w ogóle nie wpłynęło na mój stan negatywnie. Od rana miałam przepływ różnych inspiracji i pomysłów. Sporo pisaliśmy z Abhim o nich, ale też o pewnych przeżyciach, tak aby wiedział z czym pracować tego dnia. Otrzymałam tak wiele pozytywnych wiadomości na własny temat, że nawet teraz kiedy to piszę autentycznie się wzruszam.

Sesja była bardzo intensywna. A nawet powiedziałabym, że bardzo, bardzo, bardzo intensywna. Teraz po czasie już wiem, że udało się nam dotknąć czegoś bardzo silnego, ale też bardzo trudnego i zakopanego bardzo głęboko. Czegoś do czego broniłam i bronię dostępu zarówno przed Nim, ale też chyba przed sobą. Już teraz w ogóle nie mam pewności czy wiem co to jest. Ale gdzieś w środku czuję, że chyba nie byłam do końca gotowa to oddać, odpuścić, bo wcale nie jest powiedziane, że udałoby mi się zobaczyć czym to jest.

Bo właściwie nie w tym rzecz. I wcale mi na tym nie zależy. To jest zupełnie inny rodzaj terapii i tu chodzi o coś zupełnie innego. Chodzi o ciało. Bo to ono ukrywa w sobie emocje. A emocje są efektem przeżyć. To tak jak w Vipassanie, trzeba je wypuścić, aby mogły się rozpuścić. Raz na zawsze. A jak już się uda, może się nagle okazać, że sposób w jaki reagowaliśmy w jakiejś sytuacji jest zupełnie inny, nagle, po 20 latach. Czary? Nie, natura.

Po to wchodzę w siebie. Po to ze sobą pracuję. I kurwa jak to czasem boli, serio. Czy miewam momenty, w których mam dość? Oczywiście, że tak, byłabym hipokrytką twierdząc, że każdy ból przyjmuję z otwartymi ramionami, a w zeszycie wpisuję ze wzruszeniem jak bardzo jestem za niego wdzięczna. To znaczy wróć, zapisuję, ale po czasie, w momencie jak zrozumiem już po co był i faktycznie tą wdzięczność czuję, bo jak się rozpuści okazuje się, że wcale nie umarłam i na cholerę było tak to przeżywać. Ale ja też jestem człowiekiem.

Powoli poznajemy z Abhim siebie, ale przede wszystkim poznajemy mnie. Powoli zaczynamy więcej rozumieć i jestem pewna, że już niedługo uda nam się wiele wyczyścić. Mam niesamowite wparcie i prowadzenie w każdej chwili, w której tego potrzebuję. Nie jestem zostawiona sama sobie z procesem. W każdym momencie dostaję wskazówki jak z poszczególnymi wyzwaniami sobie radzić. I niewiarygodne jest to jak dwie kilkuminutowe techniki oddechowe potrafią mnie wrócić na właściwe tory. A to wszystko dzięki Niemu.

Po tej sesji miałam dużo więcej rozumu w głowie albo ładniej – więcej łagodności i dobroci dla siebie samej. Odpuściłam plany, których było mi szkoda, ale kiedy siedziałam rycząc po wszystkim dotarło do mnie, że głupotą było cokolwiek planować na po sesji, niezależnie czy mniej ekstrawaganckie i inwazyjne niż koncert. Po prostu wiem, że po takiej sesji powinnam być ze sobą, jak najbliżej, bo to jest kluczowy element i sens całego przedsięwzięcia.

Tamtej nocy spałam 9,5 godziny. Nie pamiętam, kiedy ostatnim razem spałam tak długo, a już na pewno nie czułam się wtedy tak wypoczęta jak tym razem. Wydaje mi się, że zaopiekowałam się sobą w odpowiedni sposób i jestem sobie za to ogromnie wdzięczna. Od rana popłynęło ze mnie bardzo dużo emocji w trzy różne strony. Ogrom współczucia, wdzięczności, miłości i przeprosin. Coś, co już dawno potrzebowałam zrobić. Ale też coś czego nie sądziłam, że jeszcze kiedykolwiek będę potrzebować.

A kiedy podczas Metty płakałam jak bóbr ze wzruszenia, bo dotknęłam najprawdziwszego na świecie totalnego wybaczenia i najprawdziwszej bezwarunkowej miłości, poczułam, że nic do tej pory na świecie nie smakowało lepiej niż ta ulga, ta wewnętrzna lekkość, która była kolejnym schodkiem w górę, na którą uparcie wspinam się dzień po dniu.

Jestem wdzięczna za każde doświadczenie. Niezależnie jak bolesne. To już nawet nie ma znaczenia. Bo wiem, że wszystko, co trzeba rozpuszczę. Chciałabym po prostu, żeby każdy z nas otworzył choć odrobinkę szerzej oczy. Choć spróbował. Na chwilkę. Najpierw raz, a później drugi, a później trzeci, aż w końcu zostanie w tym stanie na dłużej. Chciałabym abyśmy się wszyscy obudzili. Zrozumieli, że na tym świecie jest więcej niż da się dostrzec gołym okiem.

Chciałabym, abyśmy patrzyli Duszą. Abyśmy czuli sercem. Abyśmy przestali się nienawidzić, kłócić, nadawać jeden na drugiego. Abyśmy zaczęli prawdziwie rozmawiać. Abyśmy zaczęli naprawdę ze sobą wzajemnie być. Abyśmy przestali uciekać od siebie samych we wszystko, co daje pozorne szczęście. Abyśmy przestali słuchać głupot, a zaczęli słuchać siebie. Abyśmy zaczęli szukać odpowiedzi w odpowiednich źródłach i przestali wierzyć, że to, co nam wpajano od dziecka jest prawdą. Bo nie jest. Gdyby było Abhi by nie istniał. Ja bym nie istniała. Bo czuję Energię. Uczę się Jej. Pracuję z Nią. Daję Ją w sesjach Innym. I cholernie wierzę w Jej magiczną moc. A takich jak ja jest więcej na tym świecie niż by się komukolwiek mogło wydawać.

Życzę Ci z najgłębszych warstw serca odkrycia, że to życie nie jest wcale takie zwykłe jak wygląda na pierwszy rzut oka. Życzę Ci dostrzeżenia w nim magii, bo ona kryje się w każdej najdrobniejszej cząsteczce Twojego ciała. Zrozumiesz jak nauczysz się czuć. Wysyłam miłość 🫶🏼

 

P.S. Dziękuję, że jesteś 🤍 

P.

Ten post ma 2 komentarzy

  1. Malina

    Odkrywamy niezanane we wnętrzu nas a jeszcze tak wiele do odkrycia to jest piękne 🌻

Dodaj komentarz