Moja Kundalini

 

They will think it’s your light that gives you power.

When actually it’s your ability to see in the dark.

~ Ihsan (Eyes • In)

 

***

 

Drugie podejście. Wiedziałam, że niedługo po powrocie z Vipassany zdecyduję się na sesję KAP. Nie z samych chęci, a z poczucia, że jej potrzebuję. Wiedziałam też, że tym razem spróbuję sesji online. Byłam ciekawa odczuć, ale taka sesja jest również wygodniejsza, bo nie wiąże się z logistycznymi zagwostkami, nie trzeba nigdzie jeździć. Wszystko odbywa się na miejscu. Vicky powiedziała nam, że bardzo często podczas takiej sesji udaje się wejść głębiej ze względu na to, że jest się w procesie jednak samemu, bez otaczających nas obcych osób, więc automatycznie czujemy się swobodniej w pozwalaniu sobie na to, co próbuje się przez nas przecisnąć.

Czy miałam wątpliwości odnośnie działania takiej sesji? Absolutnie. Wiem, że dla Energii czas i miejsce nie mają znaczenia. Nieustannie wracam do warsztatów i sesji oddechowych, w których brałam udział już jakiś czas temu i wciąż czuję Energię Osób, które wraz ze mną w nich uczestniczyły. Jedyne czego w takiej sesji mogło brakować, to fizyczna obecność Victorii, co jak się okazało w moim przypadku nie do końca miało miejsce.

Przygotowałam sobie własną playlistę na to wydarzenie, którą planowałam puścić w tle na głośniku. Dopytałam wcześniej czy rodzaj muzyki ma znaczenie, w odpowiedzi dostałam informację, że nie i że jeśli wejdę naprawdę głęboko w proces, to nawet jej nie będę słyszeć. Ale mam swoje utwory, które potrafią mnie wprowadzić w stan taki bardziej hmm, czucia wewnętrznego? Więc skomponowałam własną. Kiedy zaczynaliśmy Vicky wspomniała o tym, że wysłana przez Nią playlista jest ułożona w odpowiedni sposób i jakoś intuicyjnie na nią przeskoczyłam. To była ta sama muzyka, która była puszczana podczas mojej pierwszej sesji.

Tym razem też było tak, że mój proces na swój sposób zaczął się we mnie na kilka godzin przed rozpoczęciem. Zaczęłam wyczuwać subtelne wibracje w ciele, których nie obserwuję na co dzień w normalnych okolicznościach. Vicky jest wyjątkową Osobą i Jej Energia jest autentycznie prawie namacalna. Kiedy zobaczyłam Ją na Zoomie od razu poczułam się jak w domu. Jej uśmiech rozświetla przestrzeń, w której się znajduje. Nawet jeśli jest jedynie wycinkiem z kamerki na ekranie mojego telefonu. Już samym wprowadzeniem stworzyła w moim pokoju klimat, który dawał uczucie spokoju, poczucie bezpieczeństwa, ale jednocześnie narastającej ekscytacji na myśl o tym, gdzie za chwilę razem odpłyniemy.

Położyłam się. Włączyłam muzykę. Założyłam na oczy opaskę. I pozwoliłam tym chwilom się dziać. Podczas wprowadzenia tak jak poprzednim razem dowiedzieliśmy się, że często pierwsze sesje nie dają jakichś spektakularnych odczuć. Często jest tak, że może się nie zadziać praktycznie nic, ale to też jest ok. Niestety, albo raczej stety, nie jestem na to przykładem. We mnie zaczęło się dziać po pierwszej nutce.

Sposób w jaki reagowało moje ciało był podobny do poprzedniej sesji, ale śmiało mogę powiedzieć, że było to zupełnie inne doświadczenie. Podejrzewam, że każde kolejne będzie inne. Zresztą nie to w tym wszystkim jest najważniejsze. Moje ciało reagowało na cały proces, w najróżniejszy sposób. Cała drżałam. To na pewno, a poza tym? Działo się prawie wszystko co mogło. W najróżniejszych kombinacjach, sekwencjach, bez jakiegokolwiek schematu. Najtrafniej można by to nazwać dzikim tańcem. Moje ręce się unosiły, góra ciała również, wyginałam się na różne strony.

Brzmi przerażająco, ale takim nie było. Mam niezachwiane zaufanie do tego co dzieje się we mnie w trakcie tego typu praktyk i jestem otwarta na każde doświadczenie i każdy sposób jakiego moje ciało użyje, aby pozbyć się tego, co niepotrzebne. Już na samym początku zaczęły mi się pojawiać pod zamkniętymi powiekami flesze wspomnień chwil, do których musiałam wrócić niedawno, bo coś nie do końca zostało uleczone.

Płakałam, bo jeszcze raz poczułam w sobie jak bardzo mnie wtedy skrzywdzono. Jak bardzo wykorzystano. I w jak bezmyślny i przerażający sposób mną manipulowano. Widziałam sytuacje, na które pozwoliłam, a na które pozwolić nigdy nie powinnam. Czułam przy tym nawet mdłości. Płacz był momentami histeryczny. Akceptowałam każde uczucie. Ale to było bardzo trudne doświadczenie. I niesamowite jest, że kiedy pojawiło się we mnie wrażenie, że już dłużej nie dam rady, że już nie chcę, poczułam jakby ktoś był obok mnie. Poczułam czyjąś obecność. Jakąś Energię, która dodała mi pewności, że nie jestem sama. W miejscach w których moje ciało drżało najbardziej, tych których z jakiegoś powodu co jakiś czas dotykałam dłonią, poczułam nagle jakby czyjś dotyk. Autentycznie. I absolutnie wierzę w takie rzeczy i w to, że tym dotykiem były dłonie Victorii. Bo to naprawdę nie ma znaczenia, że Jej fizycznego ciała nie było ze mną.

W jednej chwili te obrazy zniknęły. Moje ciało się zatrzymało. Łzy przestały płynąć. Poczułam ulgę i odetchnęłam głęboko. Tak jakbym wytrząsnęła i wypłakała już to wszystko czego nie udało się do tej pory. I znów zaczęłam jakiś dziki taniec. Tym razem bez żadnych obrazów. Bez konkretnych emocji. Po prostu tańczyłam. A pod zamkniętymi powiekami widziałam światło. Tak jakby ta opaska była totalnie zbędna, bo nijak nie przyciemniała otoczenia.

Czułam się trochę jak zahipnotyzowana. Bo to jest naprawdę niezwykłe uczucie, kiedy ciało wykonuje ruchy, których totalnie nie da się kontrolować. Tak jakby ktoś nim poruszał z zewnątrz. Jak marionetka na sznurkach. Tańczyłam dalej i pozwalałam temu płynąć tak jak chciało.

Nagle wszystko znów się zatrzymało, a ja poczułam w dole brzucha jakiś ruch. Tak jakby coś tam pływało. Poczułam ciepło z tego miejsca. Nie miałam w związku z tym żadnych emocji. Nie było to ani przyjemnie, ani nieprzyjemne. Po prostu było. A po chwili to uczucie zaczęło przepływać w górę. Wzdłuż kręgosłupa. Bardzo powoli, ale coraz wyżej i wyżej. I w każdym kolejnym miejscu jakie mijało czułam ciepło, a przed oczami coraz jaśniejsze światło. To światło zaczęło skupiać swoje źródło w jednym miejscu. Kiedy to uczucie dotarło do głowy uwagę mojego (chyba mogę to tak określić) oka przykuł kształt, który nagle uformował się po skosie na lewo i w górę. Był koloru skóry. Może troszkę bardziej blado żółty. Początkowo pomyślałam, że patrzę na swój nos z boku. Była na nim czarna kropka, więc pomyślałam, że to kolczyk.

Tyle, że kolczyk mam koloru złotego, po przeciwnej stronie nosa i jeśli już, to byłby widoczny po skosie w dół a nie w górę. W tej chwili ten kształt zaczął się formować i tuż nad swoją twarzą zobaczyłam głowę Węża. Widziałam Jej profil. Kropka stała się czarnym okiem, które na mnie patrzyło. Nie poruszała się. Nieustannie wpatrywała się we mnie. Nie widziałam tułowia. Jedynie głowę, no może kilka centymetrów „szyi”.

Czułam się z Nią bezpiecznie. Nie czułam strachu. Bardziej odczuwałam ciekawość tej wizji. Może nawet odrobinę ekscytację. Pierwszy raz mi się coś takiego przytrafiło. Widywałam już w trakcie sesji oddechowych na przykład lwa, ale te obrazy nigdy nie były takie ostre. Takie wyraźne. Nigdy nie zatrzymywały się na tak długo. I przede wszystkim nigdy żadne oczy nie wpatrywały się we mnie tak wnikliwie, nieustannie, jak to jedno. Miałam wewnętrzne wrażenie, że muszę pozostać spokojna, bo tylko tak Jej nie „spłoszę”. Wpatrywałam się w Nią z dziecięcą ciekawością.

Po chwili kształt zniknął. Zostało jedynie oko, które nieustannie na mnie patrzyło. Dookoła zaczęły się pojawiać jakieś wzory. Czarne tło, szare wzorki jak z wyszywanej serwetki, a na środku oko. Po chwili znów się pojawiła, tak jakby jeszcze raz chciała na mnie spojrzeć. Jakby chciała się upewnić, że Ją naprawdę widziałam, że to nie było urojenie. A później zniknęła. I już do końca sesji się nie pojawiła.

W kolejnych chwilach moje ciało znów zaczęło swój dziki taniec. I poczułam jakby coś „ciążyło” mi na gardle. Miałam na pewno otwarte usta, ale żaden dźwięk się z nich nie wydobywał. Jednocześnie gdzieś ze środka czułam, że potrzebuję go wydać. Musiałam być w tym prowadzona przez Victorię, bo początkowo byłam pewna, że nie tym razem. Że nie jestem na to gotowa. Że to już zbyt wiele. Ale po chwili blokada z gardła jakby się rozpłynęła, a ja coraz głośniej zaczęłam słyszeć wydobywające się z moich ust aaaaaaa… Coraz głośniej i głośniej, aż w końcu usłyszałam swój krzyk. Po kilku sekundach ten proces się powtórzył, tyle, że tym razem ten krzyk brzmiał bardziej jak pisk. I wszystko się zatrzymało. A ja poczułam wdzięczność, bo wiedziałam, że Ona maczała w tym palce…

Do samego końca sesji czułam już tylko zmęczenie, moje ciało chyba resztkami emocji i sił wykonywało ostatnie drgania, a pod koniec zaczęłam nawet na głos nucić do melodii, którą słyszałam. Czułam, że to wszystko było naprawdę grube. Nie wiedziałam jednak jak bardzo. Byłam naprawdę wyczerpana. Zresztą tak samo jak poprzednim razem. Śmiało mogę powiedzieć, że tak samo jak wtedy przeczołgana. Z tą różnicą, że tym razem nie bolała mnie głowa.  

Po sesji poszłam na spacer. Czułam się trochę tak jak wtedy, gdy wróciłam z Vipassany – jak na haju. Tyle, że jakbym wróciła z niej biegnąc. Światła świata zewnętrznego raziły mnie w oczy, dookoła pomimo już dość późnego wieczoru działo się sporo. Potrzebowałam się schować, bo pomimo tego, że czułam się jak w jakiejś bańce, to jednak bałam się, że nadmiar bodźców mi ją przebije. Poszłam przez dwa lasy, które są dobrze oświetlone, do parku, który znajduje się na końcu. Tam przytuliłam się do swojego drzewa, które uwielbiam, a po chwili stanęłam boso na trawie oparta o nie plecami. I tak powoli uziemiałam wszystko, co się wydarzyło. Zgodnie z zaleceniami.

To było niezwykłe doświadczenie. I wiem, że na tym razie też się nie skończy. Wiem, że ta praktyka jest tym, czego od dawna dla siebie szukałam. Czego potrzebowałam. Poza tym, to jeszcze nie jest koniec. Dwie sesje nie wystarczą, aby Ją obudzić. Napisałam do Victorii, bo chciałam się z Nią podzielić swoim doświadczeniem. Poza tym czułam, że ten Wąż miał znaczenie.

Nie myliłam się. Dowiedziałam się, że to była moja Kundalini. Że wiele osób widzi Węża i opisują te wizje podobnie. Dowiedziałam się, że weszłam na wyższy poziom świadomości i za każdym razem będę wchodzić wyżej, jeśli tylko będę gotowa. Dowiedziałam się też, że nie powinnam się Jej bać. I nie bałam się. Przynajmniej przy tym pierwszym spotkaniu nie odczułam ani odrobiny niepokoju. To raczej dobry znak. Muszę pozwolić temu wszystkiemu się ułożyć. Zintegrować. I teraz jeszcze bardziej i baczniej siebie obserwować, bo wiele może się zacząć dziać.

Po raz kolejny podkreślę, że to nie jest dla wszystkich. Ale jednocześnie życzę każdemu, aby poczuł, że tego potrzebuje. To tak wiele może zmienić. Trzeba to czuć. Trzeba w to wierzyć. Trzeba być na to otwartym. Ponieważ magia zaklęta w tym wszystkim warta jest każdej łzy. Wierzę, że moja otwartość jest kluczem w tym jak głęboko udaje mi się wejść. Wiem też, że ostatnie lata praktyk, których się podejmowałam zbudowały mi naprawdę solidne fundamenty pod to, aby dziś wyciągać z wszystkiego więcej. Ale wiem też, że bez Victorii by mi się to nie udało. W tego typu procesach potrzebny jest nam Ktoś, kto ma w sobie niewiarygodną siłę i odwagę, aby prowadzić ludzi przez tak głębokie uzdrawianie. Nie przestanę być wdzięczna. Bo po co? Dziękuję Victoria, bez Ciebie mogłabym Jej nigdy nie spotkać ❤️

Moja podróż zaczyna być coraz ciekawsza. Coraz bardziej zaskakująca. I muszę przyznać coraz piękniejsza. To nie jest też tak, że stąpam z uśmiechem dzień w dzień po chmurkach, bo prawda jest taka, że te wszystkie głębokie procesy, którym się poddaję wyciągają sporo trudności na wierzch, z którymi bardzo często trzeba się zmierzyć kolejny raz, choć w innych okolicznościach. Niezależnie od nich ból jest ten sam. Bo uśpiony kiedyś, został obudzony. I wcale nie musimy (na szczęście) zetknąć się z człowiekiem czy okolicznością, która ten ból wywołała, wystarczy jakiś bodziec, który rozpali ogień na nowo. Potrzeba w tym uważności, ale też ogromu cierpliwości. Tak aby nie ugasić go ze strachu jak najszybciej. Trzeba go czuć i przeżyć aż się spali na wiór. Aż rozpuści się raz na zawsze. Bo wtedy niezależnie od bodźca, który choćby na próbę się zmaterializuje, będzie można z uśmiechem przejść obok i powiedzieć: Nie. To już nie jest moje. To już mnie nie dotyczy. To już nigdy nie zrobi mi krzywdy. Bo jestem wolna.

Przez większość swojego życia sądziłam, że jestem z Gryffindoru. A teraz co?

 

P.S. Dziękuję, że jesteś 🤍 

P.

Ten post ma 4 komentarzy

  1. Malina

    Superpowers 🫶 I love Them ☝️😊

Dodaj komentarz