Vipassana

Pain doesn’t tell you when you ought to stop.

Pain is the little voice in your head that tries to hold you back because it knows if you continue you will change

~ Kobe Bryant

***

Naprawdę długo na to czekałam. Bardzo chciałam. Jeszcze bardziej czułam, że potrzebuję. W związku z tym dostałam lekcję, która swoją nauką pokazywała mi jak łatwo coś, czego zbyt mocno chcemy, w niewłaściwy sposób chcemy, może ocierać się o czubek nosa i powolutku odsuwać. Zaczęłam od stopniowej utraty wiary. Przestałam o tym mówić. Dryfowałam pomiędzy tak bardzo bym chciała, a widocznie nie tym razem. Zaglądałam na zmianę raz do jednego raz do drugiego portu. Chwytałam się wszystkiego innego, żeby za dużo nie myśleć. A kiedy Ktoś napisał, że jedno ustąpiło widocznie miejsca drugiemu poczułam ulgę. Poczułam, że może faktycznie tak jest. I ta ulga przyniosła ze sobą totalne odpuszczenie. Bez cienia żalu. Takie, jakiego chyba jeszcze nigdy niczemu nie dałam.

Jedna decyzja. Jeden proces. Jedna godzina. Jedno doświadczenie. I nagle z dnia na dzień wszystko przyspieszyło, stanęło na głowie. Bo nagle z dupy przyszedł mail, że się dostałam. A od dłuższego czasu przestałam się przygotowywać. Mało tego, zostały mi tylko trzy tygodnie. Dwadzieścia jeden dni. Na załatwienie wszystkich spraw na tip-top. Na zatrzymanie galopującego umysłu. Na przyciszenie wewnętrznego głosu, który próbował mnie zatrzymać w tym co znane i teoretycznie bezpieczne. Tego, który straszył każdym możliwym dowodem jak głupi jest to pomysł. Jak bardzo nie dla mnie. Jak zdecydowanie za słaba na to jestem. Jak mało prawdopodobne, że wytrwam do końca. Jak już mi się całkiem w dupie poprzewracało od tych wszystkich zmian i rewolucji.

A ja uparcie na wdechu szłam kroczek za kroczkiem w kierunku wyjazdu i starałam się nie bać. Ten pierwszy strach, który próbowałam uciszać okazał się być chwilowy. Kluczowym okazało się wszystko, co skrupulatnie udało mi się do tej pory w sobie wypracować, tylko po to, żeby przeć do przodu zamiast stać w miejscu, czy się cofać, jak to miałam w zwyczaju robić przez większość swojego życia. Więc decyzja była podjęta już dużo wcześniej. Bo najzwyczajniej w świecie nic mnie nie mogło zatrzymać. Wszystko ułożyło się pode mnie. W bardzo krótkim czasie tamten strach przerodził się w ekscytację.

I nagle jednego pięknego dnia stałam spakowana na środku swojego pokoju o godzinie 7:30 rano popijając resztki kakao na śniadanie, z kolejną porcją przygotowaną już w kubku termicznym na drogę. Z machą w drugim, uśmiechem na pysiu, radością w sercu i niewiarygodną dumą, że nie stchórzyłam. Jadę na Vipassanę.

Tak naprawdę dla mnie całe to przeżycie nie zaczynało się samym rozpoczęciem kursu. Bo z własnej nieprzymuszonej woli zdecydowałam, że nie będę szukać transportu, tylko wsiądę w tego swojego bąka i pojadę tam odważnie sama. A Ty czytający wiesz, że moja historia prawojazdowa nie jest spektakularnie długa. Poza tym najdalej sama to byłam w Rzeszowie, czyli 60 km, a tą drogę znam na pamięć z siedzenia pasażera ze względu na studia. Tu do przejechania było około 370 km. I to nie jest tak, że nigdy nie wypuściłam się gdzieś dalej. Wypuściłam, ale z dodatkową parą oczu na siedzeniu obok, która również posiadała prawo jazdy. I dlatego też po części nie ogłosiłam się na stronie Dammy, że mogę ewentualnie kogoś zgarnąć po drodze (ludzie tam, tak się organizują, jeśli chodzi o transport). Po prostu nie mogłam brać na siebie tak dużej odpowiedzialności z ilością doświadczenia jakie posiadałam. A druga sprawa, że to było mega zajebiste przeżycie grać samej w tym teledysku przez tak wiele godzin. A miałam z kim gadać, bo przecież miałam siebie. Inteligentna? Inteligentna. Czego chcieć więcej? Spotify, muzyka z Aktywacji Kundalini i tak można płynąć w przygodę życia.

A tu Rolnicy. I protesty. I pochwalam wszystko jak najbardziej. Murem stoję za swoimi. Ale akurat wtedy? Łaj?! Wyjechałam przed 8:00 rano. Zgarnęłam po drodze jedną fotografię z fotoradaru. I teoretycznie 6 godzin to był max jaki zakładałam, że ta droga mi zajmie. Na miejscu obstawiałam być najpóźniej po 14:00. Czyli zgodnie z rozkładem. Przyjechać można było 14:00 -17:00. Chciałam trochę pobyć w Ośrodku, rozglądnąć się, zanim wszystko się zacznie. Przez większość drogi wszystko szło gładko, wszędzie rozstawiona była policja i puszczali objazdami. Do czasu.

Przed Piotrkowem Trybunalskim zastawili drogę w połowie i kazali się wrócić. Pytam człowieka jak mam teraz pojechać, On oczywiście szczegółowo mi wyjaśnił wymieniając kilka nazw miejscowości, za co ze szczerym uśmiechem i ogromną wdzięcznością podziękowałam. Równie dobrze mógłby do mnie mówić po chińsku, na jedno by wyszło. A później była walka. Liczyłam, że nawigacja pokieruje mnie w końcu jakoś sensownie, ale Krzysiek ewidentnie chciał wracać w miejsce, w którym mnie nie chcieli. Postanowiłam więc pokierować się intuicją i pomimo nieustających protestów „zawróć w lewo” pojechałam prosto, prosto, prosto, a później w prawo jakimiś zadupiami i o dziwo z moim brakiem orientacji w terenie sama siebie nie zawiodłam. Słuchając Krzyśka mogłabym się tak kręcić jak gówno w betoniarce pół dnia.

Miałam już spore opóźnienie przez te wszystkie objazdy i kółka, ale nadal nie było nieźle. Do czasu. 47 km przed celem Rolnicy nie przepuszczali nikogo przez ponad godzinę. Panikowałam coraz bardziej, bo nie wiedziałam co się stanie, jeśli nie przyjadę na czas. Telefon kontaktowy był do dyspozycji dopiero od 16:00, która w końcu wybiła, zadzwoniłam. Na szczęście okazało się, że mam tylko wysłać sms z imieniem, nazwiskiem i informacją, że się spóźnię. Plus był taki, że nie będą mi kazali wracać do domu jak się spóźnię. Minusy, że nie wiem o której dotrę, czy zdążę na pierwszą medytację, na której bardzo mi zależało, to że nie jadłam nic cały dzień, nie wiem, czy dadzą mi jeść, jak dotrę za późno (nieplanowana głodówka jest zdecydowanie innym doświadczeniem) byłam cholernie zmęczona, bo jechałam już 8 godzinę i pękała mi głowa. Mój proces i testy cierpliwości zaczęły się jeszcze zanim dotarłam na kurs.

Jakoś ruszyliśmy, ale po drodze zatrzymywali nas co rusz. Powoli zaczynałam wariować. Na szczęście po kilku już zdecydowanie krótszych postojach ruszyliśmy na dobre. Pędziłam jak szalona. Przysięgam. Kiedy wjechałam do lasu i zobaczyłam tabliczkę na drzewie uświadomiłam sobie, że od ostatniego zatrzymania nie pamiętam całej drogi. Ciekawe. Za mną jechało auto. Nie byłam jedyną spóźnioną. Ufff. Szczerze? Na logikę, przecież ten problem nie dotyczył tylko mnie. Zresztą na miejscu usłyszałam kilka ciekawszych historii od mojej. Około 17:30 dotarłam do celu.

Wjechałam na teren Ośrodka. Zaparkowałam gdzieś na trawie, obok innych aut. Obserwowałam ludzi, co robią, gdzie idą. Nie mogłam uwierzyć, że tam jestem. Zaczęłam się stresować. Wygrzebałam portfel, zabrałam telefon, odetchnęłam i wysiadłam z auta. Poszłam za dwiema dziewczynami w dredach, widziałam, że faceci idą w innym kierunku. I kiedy tak szłam, nagle uświadomiłam sobie, że głowa mnie już nie boli. Poczułam energię tego miejsca. Poczułam ją w całym ciele. Objawiała się pomimo stresu takim niespotykanym spokojem. Gdzieś, chyba na którymś filmiku na YouTube, ktoś mówił, że w tym miejscu jest coś magicznego. I owszem było. Odczułam to na własnej skórze. Wszędzie dookoła las. A w powietrzu pachniało najnormalniej w świecie spokojem. Poczułam się bezpieczna.

Weszłam do budynku. W przedsionku dziewczyny zdejmowały buty, widziałam rozłożone kapcie, te które je miały zakładały, reszta wchodziła dalej boso. Ja też. Weszłam do pomieszczenia, które później okazało się być jadalnią. Dostałam od przemiłej i prze spokojnej kobiety jakiś dokument do wypełnienia. Usiadłam i trzęsącą się ręką zaczęłam go wypełniać. Znów było pytanie o to czy deklaruję, że ukończę kurs, zaznaczyłam, że tak. Gotowe. Jeden oddech. Ostatnia krótka wymiana wiadomości i wyłączyłam telefon. Podeszłam do stolika i usiadłam naprzeciwko Ani, jak się później okazało, Kierowniczki kursu dla kobiet. Po wymianie kilku pytań, odpowiedzi, zaznaczeniu przez Nią odpowiednich rzeczy w jakimś dokumencie padło pytanie czy jestem gotowa oddać telefon. Nie wiem, czy to przez ten pośpiech, ale nie przyszło mi to jakoś specjalnie z trudem. Już był wyłączony. Po prostu Jej go dałam. I tak chyba było łatwiej niż próbować jeszcze z kimś rozmawiać. Zresztą spieszyłam się, bo zaraz miała być kolacja (!!!).

Dostałam kluczyk do skrytki, w której miałam schować zegarek, moją bransoletkę z AUMem, bo nie można było przecież mieć amuletów, schowałam tam też portfel i klucz do auta, a później poszłam do swojego pokoju E9. Nie dostałam do niego klucza. Okazało się, że pokoje nie były zamykane na klucz. W sumie mnie to specjalnie nie zdziwiło. Każdy budynek wyglądał tak samo. Po obydwu stronach były pokoje. Pięcioro drzwi. Za każdymi mały przedsionek i jeden pokój na prawo, drugi na lewo. Pokój był maleńki. Miał łóżko, drewniany regał, krótką poręcz, na której wisiało kilka wieszaków i w zasadzie tyle. No, matę do medytacji. I kubeczek na robaczki 😊 Łazienka też nie była duża. Wszystko wyglądało bardzo ładnie i czysto. Skromnie, ale przyjemnie.

Usiadłam na swoim nowym łóżku. Wzięłam kilka świadomych oddechów. Zamknęłam oczy i podjęłam próbę uspokojenia głowy. Chwilę wcześniej zostawiłam swoje życie w depozycie razem z telefonem. Wcale nie mam pewności, że w tamtej chwili miałam świadomość, że to właśnie się dzieje. Wiedziałam, że moja kontrola się skończyła. Że nie będę wiedzieć, że coś złego się dzieje, jeśli się wydarzy. O ile nie będzie na tyle złe, żeby moi najbliżsi zdecydowali się ze mną skontaktować przez Ośrodek. I chyba tego bałam się najbardziej. Że nie będę mogła zapytać Ich czy wszystko w porządku. Ale w tamtej chwili zdecydowałam, że założę z góry, że wszystko jest dobrze i postanowiłam się tego trzymać. Skupić się na tym po co przyjechałam. Inaczej nie dałabym rady.

Poszłam na kolację. Była pyszna. Brzusio był szczęśliwy. Ogólnie panował straszny chaos. Zdziwiona tym byłam, ale widocznie każdy miał potrzebę się wygadać zanim nam tego zakażą. Obok mnie siedziała Dziewczyna. Wyglądała? Hmm… na smutną i jeszcze bardziej zagubioną ode mnie. Zapytała mnie, gdzie będzie spotkanie organizacyjne i tak zaczęła się nasza krótka rozmowa. Od razu poczułam od Niej dobro. A kiedy okazało się, że ma na imię Natalia poczułam, że mam namiastkę swojego świata obok i zrobiło mi się naprawdę dużo lżej. Żartowałyśmy o tym jakim wyczynem było nastawić zwykły elektroniczny budzik, że obie potrzebowałyśmy do tego instrukcji obsługi.

Później było spotkanie organizacyjne. Jeszcze raz zadano pytanie o to, czy jesteśmy pewni, że ukończymy kurs. To było ważne. Powiedziano nam, że rezygnacja w trakcie może być niebezpieczna. Do pewnego momentu tego nie rozumiałam. Ale wszystko rozkminiłam po swojemu. Początkowo mówiłam sobie i wszystkim, że najwyżej jak nie wytrzymam po prostu zrezygnuję. Ale im bliżej było wyjazdu tym bardziej utwierdzałam się w przekonaniu, że tego nie zrobię. Wiedziałam, że ten proces będzie gruby, nie wiedziałam jak bardzo, ale byłam w stanie zrozumieć, że niebezpiecznym może być rezygnacja w trakcie z rozpoczętego, a jednak nie domkniętego procesu. Nikt się nie wyłamał ani po kobiecej, ani po męskiej stronie jadalni.

A później przyszedł czas na medytację. Niewiele z tego pamiętam. Moja ekscytacja sięgała zenitu. Idąc do Sali Medytacyjnej wymieniałyśmy z Dziewczynami ostatnie uśmiechy. Kiedy stałyśmy przed wejściem powiedziałam do Natalii „do usłyszenia za jakiś czas”, a później weszłyśmy do środka. Byłyśmy po kolei wyczytywane i przydzielane do swoich miejsc. Usiadłam na swojej kwadratowej macie z numerem 36, który po chwili okazał się być jednak numerem 38. Okazało się, że z tej ekscytacji i stresu nie potrafię już chyba czytać cyfr. Odnalazłam swoje miejsce. Wszyscy zajęli swoje. Nasz Nauczyciel siedział na podwyższeniu, na przodzie sali, na końcu przejścia oddzielającego kobiety od mężczyzn. Poprosiliśmy o nauczanie Vipassany, zaczęło się Szlachetne Milczenie. I szczerze? Nie pamiętam nic więcej z tamtego dnia, wieczoru. Kompletnie nic.

Ale byłam tam, na tyle wyczekiwanym przeze mnie kursie i nawet usypiając w swoim nowym łóżku na okres kolejnych 11 nocy nie do końca to do mnie docierało. Upewniłam się, że budzik jest ustawiony na 4:00 i chyba spałam jak zabita. O 3:55 obudził mnie gong. Najpierw jeden, a później drugi. Otworzyłam oczy i się uśmiechnęłam. Ten dźwięk był niesamowity. Świadomość, że będę go słyszeć tak często w najbliższym czasie działał na mnie kojąco. Jego dźwięk jakoś tak przyjemnie we mnie wibrował. Czułam, że obok ciszy i odgłosów natury, których będę doświadczać, ten gong będzie moim ulubionym dźwiękiem. Wcale go nie znielubię za to, że budzi mnie tak wcześnie rano.

Zaczęła się moja przygoda. Najpierw rzeczy przyjemne. Jedzenie. Ludzie… Posiłki były wybitne. Wchodzę na pierwsze śniadanie, pacze – masło orzechowe (!!!), wchodzę na pierwszy obiad, pacze – brokuły (!!!), wchodzę na drugie śniadanie, pacze – masło orzechowe crunchy (!!!), wchodzę na drugi obiad, pacze – pieczone ziemniaki (!!!). Między innymi ofkors. Pomyślałam – nie zginę. A tak serio, to naprawdę wszystko było przepyszne. Na śniadania zawsze było to samo. W wielkim garze stał (mówiłam na to zupa) jak się później okazało najzwyklejszy w świecie kompot z m.in. suszonych owoców. Wszystkie Dziewczyny lały go do miseczki, wielkości jak na moje możliwości salaterki, a to co się działo później nadawało rytuałowi jedzenia nowy sens.

Wrzucałam do środka wszystko co się dało. Owsiankę, jaglankę, masło orzechowe, jogurt naturalny, prażony słonecznik i taki miałek, który był zawsze do każdego posiłku. Okazał się zmielonym prażonym siemieniem lnianym + sezamem + słonecznikiem – wybitny dodatek. Nie wiem kto to wymyślił, ale powinien dostać nagrodę Nobla. Ludzie, to było takie uczucie, jak niektórzy czasem gadają z tym Jezuskiem i bosą stópką, serio!! Życie mi zabrali, telefon mi zabrali, ale pysznego jedzonka mi nie zabrali 😉 A teraz schodząc na ziemię ze zbyt wysokiego obłoczka, jedzenie naprawdę było fantastyczne. Każdą z Dziewczyn z kuchni, która wychodziła, żeby sprawdzić czy niczego nie brakuje miałam ochotę ucałować i powiedzieć, że Ją kocham 😉

Kawy nie było. To znaczy była. Rozpuszczalna – piłam i nie narzekałam. I Inka. Okazało się, że Inkę bardzo polubiłam. Nawet czystą samą, kiedy napój owsiany (znikał w 10 minut), ryżowy (za słodko), sojowy (odważyłam się po kilku dniach) się kończyły. Było kakao, które też czasem piłam. A czasem je sobie mixowałam z Inką. Siemię lniane i koper włoski na żołądek. Rumianki, mięty, melisy, roibossy i inne herbaty. W dniu nauki Vipassany zniknęła kawa rozpuszczalna i pomyślałam wtedy, że to musiało być celowe. Raczej się nie pomyliłam, bo wróciła w dniu wyjazdu. Więc test w postaci odwyku od kawy był. I o dziwo zdałam.

O 17:00 raz zdarzyło mi się zjeść owoce, bo na obiad jakoś musiałam nie dojeść. Ale to był jeden jedyny raz. Zjadłam jabłko i mandarynkę. Jabłko gryzłam w tej zwykłej formie chyba pierwszy raz od czasów wyjazdów do Holandii, więc od lat. I cierpła mi skóra na odgłos tych dźwięków, nie wspominając o współczuciu dla Pani, która siedziała obok 😉 Poza tym jednym razem nie miałam potrzeby nic jeść. Dla mnie owoce były niepotrzebnym dodatkowym cukrem. Już wiedziałam, że sprawdzę się jako starsza uczennica, bo o tej 17:00 wypijałam tylko wymieszaną wodę cytrynową z imbirową w niewielkim kubeczku, ale to mi wystarczało. Naprawdę nie czułam się głodna.

Dźwięki gongów były sygnałem o rozpoczęciu każdego kolejnego punktu w rozkładzie dnia. Były swego rodzaju przecinkami, ale też nawoływaniem, że zaraz zaczyna się na przykład medytacja i nie wolno nam się spóźnić. Każdego dnia mieliśmy trzy grupowe, godzinne medytacje, które były najważniejsze. Obecność wszystkich była obowiązkowa. Na nich nie można było wstawać, żeby rozprostować kości. Nie można było wyjść się przejść, czy choćby do toalety.

Las był naszym schronieniem. Ładował nas. Niewielki, miał wydzielone ścieżki. Uspokajał. Setki razy się w nim mijałyśmy. Dla mnie był ucieczką. Dosłownie. Przez pierwsze trzy dni latałam po nim jak szalona w każdej możliwej przerwie. Bardzo szybkim marszem. W głowie miałam jakieś głupie wyobrażenie o tym, że skoro tak dużo siedzę muszę jak najwięcej i jak najszybciej chodzić, żeby odwrócić ten stan, żeby moje biodra i nogi poczuły się lepiej. Było kilka Dziewczyn i Pań, które chodziły w tempie podobnym do mojego. Uśmiechałam się w duchu, że to moje Koleżanki. Nie rozumiałam natomiast Dziewczyn, które chodziły tak powoli jak ja chyba jeszcze nigdy. Czy tych, które nawet siadały, a to na kamieniu, a to pod drzewem. Niepojęte dla mnie było jak w przerwach pomiędzy siedzeniem, a siedzeniem można siedzieć. Ja (o dziwo dopiero trzeciego dnia) nawet policzyłam kroki (!!!). Ile miało kółko w lesie, a później, ile miało kółko w lesie + obejście budynków (!!!). A później zaczęłam liczyć, ile takich kółek robię (!!!).

Od samego początku praktycznie zwróciłam uwagę na jedną Dziewczynę. Była przepiękna. Samo to przyciągnęło moją uwagę. Pamiętam też jak pierwszego dnia, chcąc pomóc jednej z Dziewczyn niechcący na Jej dłoń wylał się wrzątek. Nie można już nam było mówić. Ona nawet nie pisnęła. Do końca kursu myślałam o tym jak była dzielna. Poza pięknem jakie w Niej dostrzegłam, było niewiarygodne dobro i spokój. Które tak biły po oczach jak rzadko się zdarza. Była otoczona jakąś przedziwną aurą, która sprawiała, że oczy same zwracały się w Jej kierunku. Aż mi było momentami głupio.

Kolejna sprawa – jak Ona chodziła po tym lesie, po tych ścieżkach… To była jedna z tych Dziewczyn, które chodziły bardzo powoli, Ona też przysiadała na kamieniach… Mój wzrok zawsze, kiedy była gdzieś obok uciekał w Jej stronę. Nie mogłam zrozumieć, dlaczego. Nie mogłam też zrozumieć skąd Ona ma w sobie tyle spokoju, jak może siedzieć, jak może nie potrzebować się porządnie rozruszać. Moje biodra, tyłek i nogi niemo do mnie krzyczały, jakbym usiadła zrobiłyby to na głos. Chyba do końca życia nie zapomnę widoku tej Dziewczyny opatulonej kocem w rudym kolorze, z termosem w dłoni, spacerującej tak, jakby nic nigdy nie było w stanie zakłócić Jej wewnętrznego spokoju. To był magiczny widok.

Pierwsze trzy i pół dnia były nauką medytacji Ānāpāna. Jest to technika medytacji, która polega na rozwijaniu uważności oraz skupienia na naturalnym oddechu. Ānāpāna jest wprowadzeniem do Vipassany. Przez cały ten czas, z każdą kolejną medytacją moja frustracja rosła. Od pasa w dół wszystko mnie bolało. Moje biodra przeżywały katorgę. Tyłek bolał mnie od siedzenia niemiłosiernie. Nogi od kolan po czubki palców stóp drętwiały. Co jakiś czas odzywało się kłucie w kolanie w którym jakiś czas temu nastąpił strzał. Co rusz musiałam zmieniać pozycję, żeby sobie ulżyć. Wszyscy szurali, ale miałam wrażenie, że częstotliwość z jaką robię to ja, powoli zaczyna mnie kwalifikować do pobicia rekordu „turnusu”.

Było źle. Bardzo źle. W przerwach starałam się rozciągać na szybko co się dało. Bo większość przerw pomiędzy była max 5 minutowa. W tych dłuższych poza jedzeniem, prysznicem itp. latałam jak szalona po lesie w te i wewte. Trzeciego dnia od rana zaczęło się robić już naprawdę nieciekawie. Ból był coraz większy, to siedzenie było jak katowanie siebie od pasa w dół. Nie mogłam się skupić na technice. Mój umysł oszalał, czułam się jak na karuzeli ze wszystkimi myślami, które krzyczały mi w głowie. Chciało mi się płakać. Na domiar złego w trakcie latania po lesie zaczęłam odczuwać bardzo nieprzyjemny ból w dziwnej części przodu lewego uda. Zupełnie jak dla mnie z dupy, ale nie byłam w stanie nic z tym zrobić. Czułam go cały czas jak chodziłam!!! Myślałam, że zwariuję. Nie wyobrażałam sobie nie chodzić pomiędzy siedzeniem a siedzeniem!!! To już była jakaś kulminacja. A jeszcze na nagraniach, które były puszczane podczas medytacji, Goenka niekiedy „odprawiał” sobie takie śpiewy, że w głowie pytałam Go „tak Ci wesolutko?!”. Naprawdę cierpiałam. Ostatnia medytacja każdego dnia trwała pół godziny, była po półtorej godzinnym wykładzie. Tej w dniu trzecim popłynęła moja pierwsza łza.

Miałam świadomość, że nauka Vipassany zacznie się kolejnego dnia, a ja nie nauczyłam się jeszcze nawet odpowiednio siedzieć. Wiedziałam, że kiedy zaczniemy pracować z Vipassaną nie będziemy się mogli już ruszyć w trakcie medytacji. Przerażało mnie to, bo ból jaki odczuwałam był nie do zniesienia. Tej nocy prawie nie przespałam.

Czwarty dzień mnie złamał. Tak to nazywam. Do 15:00 miałam czas na to, żeby się nauczyć siedzieć bez ruchu. To znaczy sama sobie tak powiedziałam. Od samego początku było mi bardzo ciężko. Psychicznie wykrzaczało mi się już tyle rzeczy, że nie byłam pewna, ile jeszcze jestem w stanie udźwignąć. Fizycznie bolało mnie tak bardzo, że już nawet 5 minut bez zmiany pozycji było katorgą. Po śniadaniu poszłam jak zwykle do lasu przeleciałam chyba jedno większe kółko z okropnym bólem w lewym udzie, w trakcie minęłam się z tą śliczną Dziewczyną uparcie idącą w tempie jakby prawie stała w miejscu. Kiedy minęłam Ją po raz kolejny nagle mnie olśniło. To było jak mentalne wbiegnięcie i uderzenie z całą możliwą siłą głową w mur. W jednej chwili zrozumiałam wszystko. Ona była starszakiem (tak w głowie nazywałam sobie starsze uczennice, ja byłam maluchem). Dopiero wtedy to do mnie dotarło, że siedziała na przodzie w Sali Medytacyjnej, że dostała karteczkę o możliwości medytacji w tak zwanej Celi Medytacyjnej. Ona doskonale wiedziała co robi.

Zatrzymała mnie. Dlatego moja uwaga tak mocno bez konkretnego powodu uciekała cały czas w Jej kierunku. Ja musiałam dostrzec w Niej właśnie to. Musiałam zrozumieć, że to moje głupie pieprzenie o tym, że już potrafię się zatrzymać nie miało realnego przełożenia na rzeczywistość. Nie potrafiłam. Kolano, bark, stopa i dalej nic. Zapierdalałam jak nienormalna po lesie i policzyłam kroki!!!! Bo ubzdurałam sobie w tej swojej głowie, że to mnie uratuje, że muszę przecież robić minimum 10 000 kroków dziennie. Dlaczego? Nie wiem.

Później w totalnej rozpaczy, bo już wyłam nie patrząc na nikogo i na nic, idąc tempem jakbym prawie stała w miejscu, miałam flashbacki z całego swojego życia. Jeden po drugim. Klatka po klatce, bez żadnego ładu ani składu. Jak jeden wielki mix moich wspomnień. Każde z nich pokazywało jak bardzo uciekałam. Przez całe życie uciekam. W ten czy inny sposób. Przede wszystkim w aktywność. Tym próbowałam się zasłonić, zakryć, pod tym płaszczem ciągle się ukrywałam. I na dłuższą metę w ogóle mi się to nie udawało. To była w takim natężeniu zawsze ucieczka. Ale ucieczka w nieznanym kierunku, bo ostatecznie i tak nie „dobiegałam” do żadnego konkretnego celu.

Strach przed zderzeniem się z prawdą i ilość kontuzji w ostatnich latach stały się nagłym odkrywczym potwierdzeniem, że muszę się zatrzymać. Wiedziałam o tym i nawet tak te „wypadki” nazywałam, przez co w życiu naprawdę zwolniłam. Ale w tych totalnie wyjałowionych warunkach zrozumiałam, że nadal nie pojęłam sensu tego wszystkiego. Bo najgorsze było uświadomienie sobie, że ja wcale nie uciekam przed życiem. Ja całe życie uciekam przed sobą. I to był strach przed zderzeniem. Z taką najprawdziwszą mną, jakiej jeszcze nigdy nie poznałam. Taką bez maski, których mam tak wiele jak wiele okoliczności doświadczam. Żeby mnie tylko nikt nie skrzywdził. Bo ostatnim razem, kiedy próbowałam siebie odnaleźć, spotkać się ze sobą na swoich warunkach, ten wycinek mojego życia mógłby śmiało posłużyć za scenariusz do całego sezonu jednego z dość przerażających seriali. Dlatego nadal uciekałam. Bo spotkanie ze sobą nie było dla mnie bezpieczne.

Cały czwarty dzień był ogromnym wyzwaniem. W każdej nawet 5 minutowej przerwie pomiędzy medytacjami prawie biegłam do swojego pokoju. Całe ciało od pasa w dół plus powoli kręgosłup i cała dusza piekły mnie tak, że przeleciało mi kilkukrotnie przez myśl pytanie, czy ja tu może najzwyczajniej w świecie w końcu umrę od tego bólu? Nigdy czegoś takiego nie przeżyłam. Wchodziłam do swojego pokoiku, kładłam się ostrożnie na boku w pozycji embrionalnej i starałam się stopniowo wypuszczać to wszystko co próbowało ze mnie wybrzmieć na tyle cicho, żeby nie zakłócać spokoju żadnej z Dziewczyn, które przecież miałam za każdą ścianą. Ale to był taki ból, takie cierpienie, że podejrzewam, że jeśli dostałabym szansę na wypuszczenie go na zewnątrz, ten Pan, który kazał mi przed Piotrkowem Trybunalskim zawrócić, mówiący na wpół po chińsku na milion % by mnie usłyszał. A ten opis i tak nie oddaje w żaden sposób tego co czułam. Później rozbrzmiewał gong. Brałam oddech, ocierałam morze łez i dzielnie wracałam na matę. Co dziwne w całym tym cierpieniu ani raz przez myśl nie przeszło mi, żeby zrezygnować…

Cholernie bałam się godziny 15:00. Wiedziałam, że przede mną dwie godziny nauki Vipassany, powoli już bez ruchu. Później tylko krótka przerwa i pierwsza medytacja, którą roboczo każde z nas mogło nazwać testem, przed kolejnym pięknym dniem, od którego trzy razy dziennie po godzinie nie będzie się już można ruszyć. I tak do ostatniego dnia. Jak to przeżyłam? Nie wiem. Ruszałam się, oczywiście, że się ruszałam. To był już etap zmiany poduszki (która okazała się zbyt wysoka dla mojej anatomii) na złożony kocyk. Okazało się bowiem, że wcale dla mnie nie jest lepiej siedzieć dużo wyżej. Ale to nie zmieniało faktu, że nie jestem w stanie na tyle podeprzeć kolan, żeby moje wszystko od pasa w dół wytrzymało w tej pozycji dłużej niż zakładam 20 minut bez straszliwego bólu, który już wtedy nie pozwalał mi na nie puszczanie pojedynczych łez w trakcie medytacji. Te tortury się skończyły, a ja poszłam po wodę cytrynową + imbirową. Wyszłam ze swoim kubeczkiem na zewnątrz, założyłam kaptur i po prostu pozwalałam morzu płynąć. Każda Dziewczyna przechodząc obok spoglądała na mnie. Żadna nie płakała. Żadna nie wyglądała jakby przeżywała coś choć odrobinę przypominającego mój tragiczny stan wewnętrzny. Jak wypiłam podreptałam po lesie i o 18:00 stawiłam się na medytacji. Na swoim teście.

Doprowadziłam swoje pośladki i lewe biodro do takiego bólu jakiego od początku kursu jeszcze nie czułam. A prawa noga od kolana po czubki palców zdrętwiała mi tak bardzo, że zalana łzami, które płynęły jak wodospad poczułam, że jeśli nią w tamtej chwili nie ruszę, to nie ruszę nią już nigdy więcej, bo ona zwyczajnie nie ma już dopływu krwi i po prostu obumrze, odpadnie. Naprawdę. Zaczął się we mnie jakiś atak paniki. Zostałam jednak na miejscu, ale pozycję zmieniałam kilkukrotnie robiąc wszystko, żeby nie wybuchnąć płaczem. Starałam się poruszać jak najciszej. Najbardziej dobijał mnie fakt, że nie słyszałam, żeby ktokolwiek wierzgał z taką częstotliwością jak ja. I to był już moment kulminacyjny dla mojej głowy. W przerwie poszłam jak najszybciej do swojego pokoju. Ułożyłam się na ziemi intuicyjnie w ćwiczeniu nazywanym przeze mnie roboczo „z dupą przy ścianie”, a poleconym mi w innym kontekście przez moją Guru Fizjoterapii. Wykonując wyuczone ruchy wyłam sobie nie mając pojęcia jak to wszystko przeżyję.

Gong. Ruszyłam na wykład z myślą, że kolejnego dnia zapiszę się na indywidualną rozmowę z Nauczycielem. Bo myślałam, że niedługo sama ze sobą nie wytrzymam. Nie mogłam w takim stanie na forum rozmawiać z Nim tego samego dnia. Być może by mi to pomogło, ale stan w jakim się znajdowałam nie wskazywał na to, że mogłabym powiedzieć składnie co się dzieje po polsku, nie wspominając o mówieniu po angielsku. Nie chciałam robić szumu wokół siebie wśród tych wszystkich Ludzi, zaburzać Ich procesów, wzbudzać zainteresowania.

Szłam i minęłam naszą Kierowniczkę Anię (swoją drogą Kierowniczka brzmi strasznie oschle, nazwałabym te Osoby raczej Opiekunami, tym bardziej Anię, nie mogła zrobić wiele, ale ja czułam Jej dobro i wsparcie bez słów). Coś mnie tknęło i na Nią zaczekałam. Wybuchłam, próbując zapytać czy możliwym jest, że ja się po prostu nie nadaję, że to nie jest dla wszystkich. Nie pamiętam dokładnie co mówiłam, pamiętam, że ryczałam. Pamiętam, że powiedziała, żebym się umówiła na spotkanie z Nauczycielem, jeśli nie chcę w tym stanie rozmawiać tego wieczoru. Pamiętam, że powiedziała, że Goenka chciał uciec ze swojej pierwszej Vipassany chyba 3 dnia, ale jakaś kobieta Go powstrzymała, że może to nawet będzie dziś na wykładzie. Pamiętam, że na pytanie czy coś się stanie, jeśli się ruszę w trakcie medytacji uśmiechnęła się i powiedziała, że nic się nie stanie. Pamiętam, że powiedziała, że Im (starszakom) też nie jest łatwo i to nie jest tak, że jak to kolejny kurs, to znaczy, że jest wszystko dobrze, nic nie boli i czasem nie ma się dość.

Nie mogła dla mnie zrobić nic więcej. Ona nie była naszym psychologiem. Po części żałowałam później, że do niej podeszłam. Nie powinnam była tego robić. Jej rola była zupełnie inna. Widziałam w Jej oczach ogromne współczucie i bezradność, ale miałam świadomość, że nic więcej zrobić dla mnie nie może. Musiałam przez to przejść sama. Taki był sens tej „terapii”, niezależnie jak strasznie to brzmi. Ale potrzebowałam choć jednego słowa, które zaświeci we mnie delikatny płomyczek potwierdzający, że nie zwariowałam. Że to proces, że naprawdę nie umrę i dam sobie radę nieważne co.

Wróciłam na wykład w stanie jak się później okazało wskazującym na to, że jest grubo. Początkowo się tym przejęłam, w sali światła były zaświecone, wszyscy siedzieli rozproszeni „po ścianach”, żeby tylko się oprzeć, wiele osób zwróciło na mnie uwagę, ale po chwili poczułam, że trudno, że mam prawo czuć i nie będę w sobie tego tłumić, ani się przejmować, bo to i tak nic nie zmieni. Nie byłam tam po to, żeby się przejmować tym, co myślą o mnie inni, a po to, żeby wreszcie się uwolnić i nauczyć żyć inaczej, lepiej, a to wymaga czasu, bólu, cierpienia i łez, na które, żeby miało sens muszę sobie pozwalać niezależnie od okoliczności.

Goenka faktycznie na tym wykładzie opowiadał o tym, jak chciał zrezygnować ze swojej pierwszej Vipassany. Mimowolnie się uśmiechnęłam. Okazało się, że nie po 3 a po 2 dniach. Ponoć 2 i 6 jest tym, gdzie czuje się największą frustrację. Pomyślałam wtedy, że mój 4 zasługuje na specjalne wyróżnienie w tym plebiscycie. Ale zaczęłam się wewnętrznie bardzo uspokajać. Pomyślałam, że spróbuję na tej ostatniej półgodzinnej medytacji usiąść z większym spokojem, a jeśli nadal będzie tak bardzo bolało, to rano przyjdę na salę i spróbuję zmienić sposób siedzenia, bo widziałam dookoła, że pozycja siadu skrzyżnego nie jest jedyną obieraną przez wszystkich uczniów. Rozbrzmiewało mi w głowie, żebym sobie odpuściła. Że coś jeszcze muszę odpuścić.

Ta półgodzinna medytacja była straszna. Oczywiście, że bolało. Oczywiście, że ledwo powstrzymywałam łzy. Dół mojego ciała przez cztery dni dostał taki „wpierdol” jakiego nie dostał przez ponad 36 lat swojego istnienia w rzeczywistym świecie. Wyłam w drodze do pokoju, wyłam myjąc zęby. Wyłam kładąc się do łóżka. Ale upewniłam się, że mam nastawiony budzik na 4:00, obiecałam sobie rano przed medytacją pójść się zapisać na spotkanie z Nauczycielem, a przede wszystkim obiecałam sobie, że się nie poddam. Bo nie po to tam byłam, żeby jeszcze raz w swoim życiu uciec. Nie pamiętam, czy zmrużyłam oczy tej nocy.

Wstałam rano, czułam, że już z inną energią. Wpisałam się na listę i ruszyłam do Sali Medytacyjnej. Ułożyłam prostokątną podkładkę (czy jakkolwiek się to nazywa, każdy dostał coś takiego oprócz maty medytacyjnej) wzdłuż maty, a na niej jedną okrągłą poduszkę, którą podkładałam pod kolano. Usiadłam na nich okrakiem. Teraz wiem, że ten siad nazywa się japońskim. To też jest pozycja medytacyjna. Okryłam się kocem i zaczęłam medytację. Czułam ból, czułam dyskomfort, czułam, że drętwieją mi stopy, odzywały się plecy, wcale nie było mi wygodnie, ale było zdecydowanie lepiej niż przy siadzie skrzyżnym. Poruszyłam się kilka razy, ale już wiedziałam, że o 8:00 usiądę do pierwszej grupowej medytacji właśnie w ten sposób. Po dłuższym czasie potrzebowałam rozprostować kości, bo już było naprawdę ciężko. Kiedy wyszłam z sali okazało się, że wytrzymałam prawie godzinę. Poszłam się przejść do swojego pokoju, skorzystać z toalety, zrobić ćwiczenia z „dupą przy ścianie” i po jakichś 5 minutach wróciłam na salę.

Było tam już więcej osób. To była druga godzina medytacji. Usiadłam znów w tej samej pozycji. Po chwili wszedł Nauczyciel. Usiadł na swoim miejscu, a po jakichś 10 – 15 minutach włączył śpiewy Goenki. Dopiero wtedy, pierwszy raz poczułam je tak bardzo. Byłam już rano na medytacjach. Wiedziałam, że to ten etap, kiedy śpiewy są puszczane przez na moje oko ponad 40 minut, bo przecież te wszystkie liczby podaję na oko, nie miałam ze sobą zegarka. Tak było codziennie, ale tego dnia pierwszy raz tak prawdziwie to poczułam. Ogólnie wolałam medytować w sali, nawet wtedy jak mogliśmy to robić w pokojach. Rzadko korzystałam z tych możliwości. Miałam wrażenie, że w pokoju łatwiej mi się odpuszcza. Poza tym ta sala była naszpikowana Energią, która dodawała mi skrzydeł. A im więcej osób w niej medytowało, tym silniejsze były to wibracje.

Tego poranka pierwszy raz poczułam, że pierwotny odbiór śpiewów Goenki przekształciłam na coś, co przestało być bełkotem nawiedzonego, albo podpitego człowieka. Serio w pierwszej chwili tak to odbierałam. Nie będę ściemniać, że miałam pozytywne myśli, bo tak poważna jest to sprawa. Ale dziś biję się w pierś za własną ignorancję i małostkowe niedojrzałe myślenie. Mało kto nie będący w tamtym doświadczeniu byłby w stanie zrozumieć jak wielkiego znaczenia mogą nabrać te słowa, intonowane tym głosem, w taki sposób. Te dźwięki dotykały całego mojego wnętrza. Miałam wrażenie jakby uderzały subtelnie w najczulsze jego struny. Jakby się rozgaszczały w najgłębszych zakamarkach serca i duszy. One płynęły we mnie swoją mocą i magią.

Wtedy płakałam najbardziej. Na całym tym 10 dniowym kursie nie płakałam tak bardzo i tak długo jak w trakcie tej medytacji. Nie znałam konkretnego powodu tego płaczu. Nie próbowałam go szukać. Nie miałam na niego nazwy. Pozwalałam tym emocjom uwalniać się z mojego ciała w taki właśnie sposób. Łzy lały się naprawdę strumieniami. A kiedy medytacja się skończyła i otworzyłam oczy okazało się, że w sali jest baaaaaardzo jasno. Byłam odsłonięta. Z całym swoim cierpieniem wymalowanym potokiem łez na mojej twarzy. Zarówno Nauczyciel jak i Opiekunowie (nie będę Ich nazywać Kierownikami – nie podoba mi się to określenie 😉) kursu dla Kobiet i Mężczyzn na mnie patrzyli. A może mi się tylko wydawało? Nie wiem. W oczach naszej Ani zobaczyłam współczucie. Najszczersze, najprawdziwsze współczucie. Byłam „naga” w tym wszystkim co przeze mnie przepłynęło tego poranka, a jednocześnie czułam się w tej „nagości” tak bardzo dziwnie zaopiekowana, bezpieczna…

Trudno opisać natłok myśli jakie przebiegały mi wtedy przez głowę. Nikt mnie nie mógł pocieszyć poza mną samą. Nikt nie mógł mnie pogłaskać po ramieniu, czy przytulić poza mną samą. A jednak mimo wszystko ta Ich uwaga skierowana na mnie świadomie czy nieświadomie, faktycznie czy jedynie w mojej wyobraźni, sprawiła, że czułam jakby Ich Energie połączyły się w cieplutkim uścisku, w którym mnie po prostu zamknęły. To było magiczne uczucie.

Szłam do jadalni nadal popłakując, ale jednocześnie ostrożnie się uśmiechając. Później już było najpyszniejsze na świecie śniadanie, które wchodziło jak złoto pomimo przystawki z potoku łez i śpików. A we mnie wewnętrzny spokój. Jak nigdy wcześniej spokój o to, że wszystko będzie dobrze. Po śniadaniu poszłam swoimi ścieżkami na spacer. Kiedy tak szłam – prawie stojąc – uwolniło się ze mnie coś jeszcze. Poprzez znów potok łez (jednak mamy w sobie więcej wody na łzy niż kiedykolwiek przypuszczałam) popłynęło ze mnie pierwsze w życiu tak głębokie poczucie, że jestem wolna. Wolna od własnych ograniczeń, od nierealnych oczekiwań, od poprzeczek zawieszonych zbyt wysoko, tylko po to, żeby utrzymać w strefie komfortu zwanej „zawsze masz ciężko, zawsze masz trudno”. Bo kto tak naprawdę powiedział, jak mam siedzieć w medytacji? Nikt. Tu nie ma reguł. Mieliśmy wybrać najwygodniejszą dla siebie pozycję. Oczywiście, że nie można się położyć, bo jeśli będzie zbyt komfortowo, to nie wyostrzymy umysłu na tyle, aby poczuć to czego Vipassana uczy. Ale ja w tym wszystkim jak zawsze musiałam sobie utrudniać. Bo co? Ja nie dam rady? Nie dałam i to nareszcie było ok!!

Siedzenie z silną determinacją, jak tego ranka przeczytałam na tablicy ogłoszeń nie ma być torturowaniem się. Trzeba się liczyć z poczuciem dyskomfortu. Wszystkie traumy, cierpienia, nasze stare zakorzenione saṅkhāry wypływają z nas w postaci tych wszystkich dolegliwości, bólu nóg, bioder, pleców, głowy, ścierpnięć, ale czasem nawet głupiego swędzenia, ukłucia bez powodu, łez, a nawet uśmiechu. Nikt nas nie wyprowadzi za włosy czy ucho z Sali Medytacyjnej, bo się poruszyliśmy. Vipassana to nie sposób w jaki siedzimy. Niczego bym się nie nauczyła skupiając tylko na tym. Chodzi o to, żeby siebie obserwować. Jeśli poruszyłam się cztery razy, następnym razem powinnam spróbować poruszyć się trzy razy. Jeśli mi nie wyjdzie to nic. Jeśli wyjdzie to super. Ważne, żeby nie robić z tego wielkiego halo. Czy boli, czy jara, bo jest super, powinno robić na nas takie samo wrażenie. Czyli praktycznie żadne. Bo wszystko przemija. Anicca, anicca, anicca. Spokojny i zrównoważony umysł.

To w trakcie tego spaceru poczułam się pierwszy raz w życiu najzwyczajniej wolna. Tak bardzo wolna od swoich własnych oczekiwań. Ograniczeń. Od nieustającej ucieczki. Wiedziałam, że dopiero dotknęłam tego obszaru swojego wnętrza, że nie ma się co podniecać, że ten stan będzie trwał wiecznie, że na bank jeszcze wielokrotnie otrę się o stare schematy myślowe, ale to już była połowa sukcesu, bo uświadomiłam sobie to najważniejsze co mam w sobie do przepracowania. Poczułam się wygrana. Kiedy tak spacerowałam w ostatnich chwilach przed w zasadzie na tamten moment najważniejszą dla mnie medytacją, z wyraźnie spokojniejszą duszą, poczułam wewnętrzną potrzebę przytulenia się do drzewa. To był impuls. Już mi się zdarzało, nawet przed tym moim momentem zatrzymania, ale wiedziałam, że tym razem poczuję to zupełnie inaczej. Podeszłam do tego, które na swój sposób mnie zawołało. Objęłam je mocno. Zaczęłam do niego mówić, że sobie poradzę, że dziś jestem silniejsza, że dziś już będzie dobrze. Poprosiłam, żeby zabrało mój lęk i ból, żeby pomogło mi uziemić to co nie potrzebne. Odrywałam się od niego ze łzami w oczach, ale to były łzy wzruszenia, bo autentycznie ten kontakt dodał mi mocy. Kiedy się od niego oderwałam i po prostu na nie spojrzałam, to – potępiam takie zachowania, ale… – było na nim wydrapane małe serduszko. I to był najpiękniejszy dla mnie znak, że wszystko będzie dobrze, że najgorsze mam za sobą. Mało tego, naprawdę poradziłam sobie z tym sama i to był mój ogromny sukces. 

Poszłam na tamtą medytację z poczuciem wewnętrznego spokoju jakiego jeszcze od przyjazdu nie czułam. Usiadłam w nowej obranej przez siebie pozycji i jedynym co zrobiłam podczas tej godzinnej medytacji było oblizanie warg. Jeden jedyny raz. Nie kiwnęłam nawet jednym palcem, nie doprostowałam pleców, nie wykonałam żadnego innego ruchu przez pełną godzinę, poza tym jednym oblizaniem warg. Nie pamiętam, kiedy ostatnim razem byłam z siebie tak dumna jak po zakończeniu tej medytacji.

Spotkanie z Nauczycielem było formalnością. Potwierdził mi tylko wszystko to, co przeczytałam na tablicy ogłoszeń i do czego doszłam sama. Powiedział, że to piękne, że płaczę. Że na płacz powinnam sobie pozwalać. I żebym sobie nie pomyślała, że jest złym człowiekiem, bo cieszy się, że cierpię, ale płacz jest najpiękniejszym dowodem na to, że się oczyszczam. Łzy oczyszczają. Uwalniam emocje i powinnam sobie na nie pozwalać. Nie przypisywać im rangi bycia ważniejszymi od pozostałych odczuć. Po prostu pozwalać im płynąć.

Dzień 4 mnie złamał, ale dzień 5 okazał się być przełomem. Podczas ostatniej medytacji tego dnia. O 20:30 po wykładzie doświadczyłam czegoś co nadal wydaje mi się być nieprawdopodobne. To było już pod koniec medytacji. W pewnym momencie podczas wydechu poczułam jakby moja klatka piersiowa była czymś otoczona. To było dziwne uczucie, bo dawało wrażenie jakby to była jakaś obręcz. I to nie ze sznurka czy czegoś takiego, ale jakby metalowa? W białym kolorze. Wiem, jak to brzmi, ale odczucie miałam jakby to był naprawdę bardzo solidny materiał. Czułam, że mnie to na swój sposób ogranicza. Jakbym nie oddychała pełną piersią.

To było niezwykłe, bo nic na sobie nie miałam, a jednak coś czułam. Przy kolejnym najzwyklejszym wydechu to po prostu strzeliło. Ale to był taki trzask, że aż się przestraszyłam, a chyba nie wiem no, Trzecim Okiem? Zobaczyłam jednocześnie jak ta obręcz pęka. W kilku miejscach. Naprawdę się przestraszyłam i na poziomie fizycznym poczułam więcej przestrzeni w obrębie klatki piersiowej. Już do końca nie mogłam się skupić na medytacji, bo cały czas w głowie rozbrzmiewał mi ten trzask i widok pękającej obręczy. Nie mogę wiedzieć czy tylko ja to słyszałam, ale to było tak głośne, że trudno mi uwierzyć, że rozbrzmiewało tylko w mojej głowie. Przedziwne. A kiedy wracałam już po wszystkim do siebie, czułam jakbym się unosiła kilka centymetrów nad ziemią.

I to wcale nie jest tak, że później było już górki. Miałam przed sobą drugą połowę. Płakałam prawie na każdej medytacji, rzadko nie poruszałam się w ogóle w trakcie, ciało nadal mnie bolało. Ale przestało to być nie do wytrzymania. Chyba 6 dnia spróbowałam podczas tej „nie grupowej” medytacji usiąść w siadzie skrzyżnym. O dziwo moje biodra nagle były bardziej otwarte. Podpieranie kolan zdawało się bardziej przeszkadzać niż pomagać, więc przestałam to robić. Nadal nie byłam w stanie wytrzymać dłużej niż na oko 20 minut, dlatego nie pchałam się po staremu w te 3 najważniejsze medytacje. Ale stosowałam taki sposób siedzenia zamiennie, bo moje odkrycie z dnia 4 na swój temat nie oznaczało, że nagle całkowicie odpuszczę wszystko. Po prostu na to postanowiłam sobie dać więcej czasu. Próbować, ale bez nacisku, bo chciałam uczyć się Vipassany, a nie siedzenia w określony sposób.

Chyba w 7 dniu zauważyłam, że zaczynam znów na siebie naciskać, że nie mogę jakoś ruszyć dalej, że mój umysł nadal szaleje, że zostało mi już tak niewiele czasu a ja nadal nawet na chwilkę nie osiągnęłam tego stanu, do którego każde z nas dążyło. Nie pamiętam w którym momencie dotarło do mnie, że wróciłam do niepożądanego schematu. I ostatecznie odpuściłam. Jak nie teraz to po powrocie do domu. A jeśli nie, to na kolejnym kursie. To nie miało już znaczenia. To nie były wyścigi. Ważne było, aby nie ustawać w praktyce. I nie tworzyć nowych saṅkhār.

9 dnia, w trakcie porannej medytacji, totalnie nagle zaczęłam „latać”. Czułam się tak jakbym lewitowała. Dotykałam dłońmi swoich nóg, co później sprawdziłam, kiedy medytacja się skończyła, ale w trakcie nie byłam pewna, gdzie one się znajdują. Powinnam czuć pod nimi dotyk puchatego koca, a ja tego nie czułam. Moje nogi, wierzchy stóp powinny czuć matę, a nie czuły. Moje ciało było jedną przepięknie subtelną wibracją, która powodowała niewiarygodne odczucia w całej mnie. Pod zamkniętymi powiekami widziałam złote światło, a cała moja dusza chciała śpiewać. Strofowałam się sama, żeby nie odpłynąć w tej wewnętrznej radości za bardzo, bo tego też się uczyliśmy.

Udawało mi się. Naprawdę w tak wzniosłych odczuciach jakich nie czułam jeszcze nigdy przedtem byłam niewiarygodnie spokojna. Miałam wrażenie jakbym czuła to wszystko w sobie, a jednocześnie obserwowała to z boku. Była w tym. Tak mocno jak nigdy w niczym. Byłam spokojna. Mój umysł był spokojny. Byłam szczęśliwa. Nie wiem, ile to mogło trwać, bo czas przestał w tamtej chwili istnieć, nie miał absolutnie żadnego znaczenia, ale jakbym miała oceniać na chłodno z perspektywy czasu, mogło to być nawet pół godziny. Później udało mi się już tylko jeden raz tak poczuć, może na 5 minut. Uśmiechnęłam się wtedy do tego i to wszystko.

W dniu 10, kiedy rozpoczęło się „Szlachetne Paplanie” nie odczepiłam się już od „mojej” Natalii. Dołączyła do nas Magda i stworzyłyśmy w mikroskopijnym przedziale czasowym takie połączenie dusz, że nie umiem ubrać w słowa wdzięczności za to doświadczenie. Podobne poczucia humoru, zupełnie różne przeżycia. Jeden wspólny język. Mój VIP (assana) SQUAD. To wzruszające jak wiele ten kurs wniósł w moje życie. W nasze życia. To było jak najpiękniejsze domknięcie tej niezwykłej przygody. Dziękuję Wam moje Dziewczyny, za to, że byłyście, za to, że jesteście ❤️❤️

W 5 dniu obiecałam sobie też, że kiedy pozwolą nam już mówić podziękuję swojej nieświadomej niczego Przepięknej Inspiracji za to jak bardzo mi pomogła. I tak zrobiłam. Wypatrzyłam moment, w którym mogłam Ją zaczepić i poszłyśmy razem na spacer do lasu. Opowiedziałam Jej wszystko drżąc wewnętrznie, bo tak wiele dla mnie znaczyło. To była piękna rozmowa. Chodziłyśmy po tym naszym lesie, wspólnym wolniutkim tempem. Czułam się tak swobodnie jakbyśmy się znały od lat. Magia. Dziś mamy ze sobą kontakt i mam nadzieję, że uda się nam go utrzymać. Tak wiele może wnieść w nasze życie jeden Człowiek. Zupełnie nieświadomie. Dziękuję Ci Samanta jeszcze raz. Moja Inspiracjo. Moje nieświadome Wsparcie. Dziękuję, że tam byłaś, że jesteś ❤️

Czym jest Vipassana? W moim odczuciu jest terapią. Najlepszą i najtrudniejszą na świecie. Bo bez terapeuty. Samemu dla siebie się nim jest. Nikt nie prowadzi przez proces, przez który przechodzimy. Nikt nim nie nawiguje. Tam nie ma reguł. Nie wiemy tak naprawdę co się wydarzy. Do czego się „dogrzebiemy”. Nikt nie daje nam narzędzi do tego jak radzić sobie z tym, co przez nas przepłynie. Z tym, co z nas wypłynie. Jedynym narzędziem do pracy jakie mamy, jest nasz własny, umysł, który trzeba okiełznać, po prostu my, dla siebie i ze sobą i nasz naturalny oddech. To nie jest nauka pranayamy, techniki oddechowej. To nauka obserwacji naturalnego oddechu. Dzięki czemu możemy wyostrzyć umysł na doświadczanie siebie na najgłębszym poziomie. To jak operacja chirurgiczna. Bywa, że cholernie bolesna. Na dodatek nikt nie podaje znieczulenia. Operacja na otwartym umyśle. Już teraz wiem, dlaczego rezygnacja jest niebezpieczna. Goenka tłumaczy to na przykładzie nacięcia zainfekowanej rany. Najpierw wylewa się ropa. Ta ropa to ból w ciele, kłucie, łzy, ból emocjonalny, psychiczny, stare rany, traumy. Taką ranę trzeba oczyścić zanim się ją zaszyje. Przecież leżąc na stole operacyjnym nie wstajesz w trakcie operacji i nie mówisz lekarzowi, że na dziś wystarczy, bo masz dość, ale za jakiś czas wrócisz i dokończycie.

Vipassana to Potęga Teraźniejszości w wersji super hard. To nie są wakajki. Odpoczynek od życia, w którym za dużo się dzieje. Jeśli decydując się na kurs jedziesz z takim nastawieniem, możesz bardzo szybko zderzyć się z bolesną prawdą. Tam byłam zdana tylko na siebie. Nikt nie mógł mi pomóc. Jedyną osobą, która mogła byłam ja sama. To było najbardziej niezwykłe doświadczenie w moim życiu. Bo chyba nie da się być bliżej siebie. Chyba nie można w żadnym innym doświadczeniu bardziej spotkać się ze sobą. I chyba nie da się głębiej ze sobą pracować jak w taki sposób. Ani lepiej poznać niż zagłębiając w siebie tak bardzo. To jest trudne. Cholernie trudne. Ale jednocześnie epicko piękne. I każda łza, każde ukłucie, każde poczucie dyskomfortu, każdy ból, każde mam już dość naprawdę, naprawdę, naprawdę jest warte dostrzeżenia i poczucia tego, co można spotkać na końcu. A prawda jest taka, że to dopiero początek.

Nie każdy też przeżywa to samo. Co człowiek to doświadczenie. Co człowiek to inny proces. Tak jak w życiu. Wcale nie jest powiedziane, że ktoś inny przeżyje to co ja. Bo ten ktoś ma inne rzeczy do przepracowania. Nie każdy może wejść tak głęboko jak ja. A niektórzy mogą nawet głębiej. Wszystko zależy od naszej otwartości. Od gotowości na przyjęcie z miłością naszego osobistego szamba, które niespodziewanie może nam wybić w ten czy inny sposób. Dlatego trzeba podejść na chłodno. Bez totalnie żadnych oczekiwań. Nastawić się na ciężką pracę. Bo choć w teorii ona może się wydawać po prostu nudna, to w praktyce jest bardzo, bardzo, bardzo ciężka, jeśli chce się osiągnąć to po co się tam przyjeżdża. I trzeba przytulić strach i zostawić z telefonem w depozycie. Bo dopiero wtedy jesteśmy w stanie się naprawdę otworzyć na duże zmiany. Na prawdziwe szczęście. Na spokój. Trzeba też przytulać siebie w tych wszystkich trudnych i pięknych doświadczeniach. Z takim samym zrozumieniem. Z taką samą akceptacją i spokojem niezależnie od natężenia doświadczanych emocji. Vipassana jest nauką sztuki życia. Ona uwrażliwia na świat. Uwrażliwia na siebie. Takiego siebie jakiego jeszcze nie znaliśmy.

Szlachetne Milczenie w pierwszej chwili może się wydawać kontrowersyjną zasadą. Ale jak każda inna w Vipassanie naprawdę ma sens. Nie da się wejść w siebie tak głęboko słuchając o cudzych pozytywnych lub negatywnych przeżyciach. Nie da się spowolnić bardziej procesu niż porównując się z kimś kto przykładowo doświadczył już doznań w całym ciele, kiedy my dalej nie potrafimy ruszyć poza teren przestrzeni nad górną wargą, bo mamy wrażenie, że się zgubimy i nie znajdziemy drogi powrotnej.

Dlatego Ośrodek i cały kurs przystosowane są w taki sposób, aby każdy uczeń miał jak najlepsze i mimo skromności jak najbardziej komfortowe warunki do samodzielnej pracy i samodzielnych wglądów. Tylko tak tego typu „terapia” ma sens. A sam Ośrodek? Warunki są naprawdę idealne. Nie było nic do czego można się było przyczepić.

Ponad 50 kobiet. W wieku od wczesnych 20tek, myślę, że nie przesadzę, ale aż po 70tki, 80tki. Najróżniejszych. Niskich, wysokich, w dredach, w krótkich włosach, w długich, różnych narodowości. Latających po lesie jak wariatki i prawie stojących w miejscu. Każda w tym samym procesie. I każda w innym, swoim indywidualnym. Byłyśmy w tym razem. I byłyśmy w tym osobno. To naprawdę niezwykłe uczucie i widok rozproszonych po maleńkim wycinku lasu tak wielu Kobiet. Jedna siedząca pod drzewem, inna idąca tak szybko jakby chciała biec, kolejna przytulająca się do drzewa, jeszcze inna stojąca i wpatrująca się w oczko wodne. Kolejna idąca baaaaaardzo szybko i przystająca tak nagle w jednym miejscu jakby zderzyła się ze ścianą. Jeszcze inna spacerująca w długiej zimowej kurtce i w czapce z pomponem, kiedy reszta powoli zaczyna czuć wiosenny klimat. Kolejna opatulona rudym kocem z termosem w dłoni idąca tak jakby płynęła w powietrzu. A jeszcze Inna siedząca na kamieniu, wystawiająca twarz i otwarte dłonie do przebijającego się nieśmiało przez gałęzie drzew porannego słońca.

Było w tym coś magicznego, kiedy każda Dziewczyna, którą mijałam tak samo jak ja w dniu 5 wieczorem, w przerwie po medytacji pierwszym co robiła było szukanie na niebie księżyca, bo była pełnia. Czy to jak uśmiechały się do początków zachodów słońca, bo one tak samo jak wschody niestety punkty kulminacyjne miały w trakcie naszych medytacji. Ale to nie miało żadnego znaczenia. Bo potrafiłyśmy wszystkie czerpać z obecnej chwili. I to tak bardzo było widać. To tak bardzo było czuć. I tak naprawdę nie musiałyśmy nic mówić. Po prostu wiedziałyśmy, że mamy siebie.

Najciekawszym co zaobserwowałam, było to, że kiedy ja zwolniłam wszystko zwolniło i nie mam pojęcia jak to logicznie wytłumaczyć, nawet nie próbowałam, nawet nie miałam możliwości, bo moja zodiakalna Panna była na urlopie. Ale autentycznie czas zwolnił. Spacery w dłuższych przerwach naprawdę trwały dłużej niż wtedy jak leciałam kółko za kółkiem. A kiedy spodziewając się gongu nawołującego do rozpoczęcia medytacji w niedługim czasie, szłam jeszcze ostatni raz do pokoju, na miejscu okazywało się, że mam jeszcze pół godziny. To naprawdę trudno było wytłumaczyć, a przede wszystkim zrozumieć.

Co lepsze czas medytacji zdawał się wręcz przeciwnie przyspieszać. Kiedy rozbrzmiewał kończący medytację śpiew bardzo często pytałam w głowie „już?”. I teraz wisienka na torcie. 6 dnia zauważyłam, że przestałam z utęsknieniem wypatrywać pór posiłków, a w zamian za to ze zniecierpliwieniem czekałam na kolejne medytacje. To było najbardziej magiczne doświadczenie w moim życiu.

Wyszedł mi spory felieton, a to i tak nie oddaje wszystkiego, co przeżyłam.  Podsumowując, chyba nigdy nie byłam bardziej sama. I chyba nigdy nie było bardziej warto. Na pewno zostawiłam w tym magicznym miejscu uziemioną sporą niepotrzebną i cierpiącą część siebie. Które w życiu jakie chcę żyć nie są mi już zupełnie potrzebne. To nie było łatwe. Ale było konieczne. I naprawdę wróciłam odczuwalnie lżejsza o tą część. Wiem, że to dopiero początek. Że to dopiero pierwszy krok, że dopiero pierwsze warstwy, ale jestem gotowa stawiać kolejne kroki i kolejne warstwy zdejmować. I jedno wiem na pewno. Wrócę tam. I będę wracać. I planuję już nie tylko w charakterze starszaka. Bo to jest piękne. To jest ważne. To pomaga. Otwiera oczy. Oczyszcza z cierpienia. Dodaje skrzydeł. I ja tak właśnie chcę żyć.

 

P.S. Dziękuję, że jesteś 🤍 

P.

Ten post ma 6 komentarzy

  1. Malina

    Mimo że na żywo miałam cała relacje to przy czytaniu przeniosłam się tam wyobraźnia ❤️ ogromną odwaga i wspaniała postawa. Jesteś niesamowita Fighterka 🫶

  2. Natalia

    Udało Ci się przenieść mnie w czasie ❤️🥹 szczęście że was spotkałam 💖

    1. P.

      Dziękuję, że jesteś ❤️

  3. Paparazzi

    Cieszę się, że Ci się udało przejść przez to wszystko. Piękna histora zwieńczona sukcesem.
    💙

Dodaj komentarz