Świat po

 

Vipassana is the art of living. Not the art of escaping

 

~ S. N. Goenka

 

***

 

Kocham swoje życie. Kocham nim żyć. Kocham moich Ludzi. Kocham być obok, spędzać z Nimi czas. Kocham rozmawiać, pisać, czytać, doświadczać. Kocham to co robię, czego się uczę, jak pomagam, nowe przemyślenia jakie mi na ten temat popłynęły. Kocham plany na ten rok i to wszystko nieplanowane co się jeszcze wydarzy.

Ale tęsknię. Za moimi Dziewczynami. Nawet w czasie, kiedy mogły być jedynie Energią w pobliżu mojego pola. Za prawdziwą ciszą. Przełamywaną magicznymi odgłosami natury, niesamowitymi dźwiękami gongów. Tęsknię za wspólnym lasem pełnym brzóz, wspólnymi i własnymi ścieżkami, za ptakami, żyjątkami, roślinami. Za jedynymi głosami, które miło było od czasu do czasu usłyszeć. Za tamtymi Kobietami. Za przepysznym jedzeniem. Za moim małym, przytulnym pokoikiem. Za Energią najspokojniejszego miejsca jakiego do tej pory doświadczyłam. Za jego magią. Za poczuciem bycia w innym świecie. Nawet za dyscypliną. Po prostu sobie tęsknię.

Jaki jest Świat po? Świat po jest zbyt. Zbyt głośny. Zbyt kolorowy. Zbyt chaotyczny. Zbyt bolesny. Zbyt wiele w nim cierpienia, chamstwa, złości, nienawiści, zazdrości, negatywnych emocji, obgadywania, toksyczności, złej energii. W takiej rzeczywistości przyszło nam żyć. Taką rzeczywistość my Ludzie sobie stworzyliśmy. Po to, aby żyło nam się lepiej. Okazuje się, że kiedy doświadczymy, pokuszę się o stwierdzenie, że wręcz przerysowanego kontrastu tego jak Świat może wyglądać, dopiero wtedy zaczynamy rozumieć jak wiele nam ucieka. Jak bardzo to wszystko co sami stworzyliśmy jest jedynie po to, żeby nas od siebie samych oddalić i oddzielić. Musiałam wiele przefiltrować.

Jak wyglądał mój powrót do życia? W dniu 11 po ostatniej medytacji i sprzątaniu pokoju udałam się na jadalnię, aby zjeść swoje ostatnie najpyszniejsze na świecie śniadanie. Plecami usiadłam do stanowiska, na którym czekały do odbioru nasze telefony. Bolał mnie brzuch. Ze stresu. Jedna po drugiej Osoba ustawiała się w kolejce po odbiór swojego. Mam wrażenie, że gdyby nie fakt, że Ktoś na mnie czekał odebrałabym swój chyba przed samym wyjazdem. Albo szukaliby mnie po całym Ośrodku w obawie, że coś się stało, bo został jedynym nieodebranym. Dlaczego? Nie wiem.

Zjadłam śniadanie i siedząc przy Ince zbierałam się na odwagę, żeby go odebrać. Nie miałam wyjścia. Podeszłam do stolika i polemizowałam jeszcze chwilkę nad tym jak nie jestem pewna czy chcę go z powrotem. Podjęłam jednak decyzję. W odpowiedzi usłyszałam: „face the reality”, a później obróciłam w dłoni mój kontakt z rzeczywistością, poczułam się dziwnie, jakbym trzymała coś co jest mi zupełnie obce, podeszłam do blatu, przy którym wcześniej siedziałam, położyłam na nim telefon, obok zegarka, portfela i kluczyka do auta, a później odwróciłam się do nich plecami i kontynuowałam picie swojej Inki.

Wszyscy naokoło chodzili już ze swoimi telefonami, włączali je, pisali coś, przeglądali, uśmiechali się, podłączali do ładowania. A ja? Nawet nie włączyłam swoich sprzętów, żeby sprawdzić jak tam poziom baterii. Nie mam pojęcia dlaczego. Najlepsze jest to, że zaglądnięcie w telefon stresowało mnie bardziej niż sam przyjazd na kurs. Podświadomie bałam się, że coś złego się stało, a ja o tym nie wiem? Nie mam pojęcia, ale nie sądzę, bo jakoś z góry założyłam, że wszystko jest ok, więc nie mogło się okazać inaczej. Wydaje mi się, że czułam się tam na miejscu tak dobrze jak we własnej rzeczywistości jeszcze nigdy. Może bałam się, że jak włączę telefon, zacznę go używać, to to wszystko stracę?

Ostatecznie wiedziałam, że muszę dać znać Najważniejszym co i jak, więc nie mogłam w nieskończoność nie patrzeć na telefon i udawać, że wcale nie leży za moimi plecami. Poza tym zgłosiłam się do sprzątania Sali Medytacyjnej, a to już była najwyższa pora, żeby się za to zabrać. Poszłam więc do swojego pokoju. Włączyłam telefon, zegarek, napisałam dwie najważniejsze wiadomości, podłączyłam sprzęty do ładowania i… uciekłam.

Później wykonałyśmy z moją Natką przydzielone nam zadania podczas sprzątania Sali Medytacyjnej i muszę przyznać, że to moje standardowe wewnętrzne zbieranie się do sprzątania jak pies do jeża tu miejsca nie miało. Czułam się naprawdę bardzo dobrze ze świadomością, że mogłam pomóc. Utwierdziłam się jedynie w przekonaniu, że przyjechanie kiedyś w roli służącej będzie cudownym przeżyciem.

Wróciłam do siebie, trochę się ogarnąć po tym sprzątaniu. Część rzeczy była jeszcze rozłożona na łóżku. Zaczęłam już siorbać powoli nosem i płakać, bo coraz bardziej docierało do mnie, że to koniec. Jakoś doprowadziłam się do stanu używalności, chciałam pójść do lasu sama, ale też z Dziewczynami na ostatni wspólny spacer.

Zrobiłam GoInkę na drogę, choć była już kawa rozpuszczalna. Jednak sentyment nie pozwolił mi jej zrobić. Poszłyśmy z Dziewczynami na spacer do naszego lasu. Chciałyśmy spędzić ze sobą te ostatnie chwile. Pośmiałyśmy się, bo przecież poczucia humoru mamy podobne, tej coś majtało, tamta nie założyła anteny, ptaki latały. Ehh… Porobiłyśmy zdjęcia, powspominałyśmy, ale też się wzruszałyśmy. Nie sądziłam, że poza wszystkim co przeżyłam wrócę bogatsza o tak piękne Dusze w swoim życiu. Kiedy się rozstawałyśmy byłam bliska płaczu. Zrozumiałam, że nasza wspólno – osobna przygoda dobiegła końca.

Wracając do siebie spotkałam swoją Sąsiadkę z naprzeciwka Gosię, zbierała się do wyjazdu. Dzień wcześniej wymieniłyśmy przelotnie kilka zdań. Co to była za Kobieta! I jakie Ona miała niebieskie oczy!! Przepiękne, niezwykłe!! Zresztą chyba zaraz po tym jak się sobie przedstawiłyśmy poprzedniego dnia to było pierwszą rzeczą jaką Jej powiedziałam. Że ma niesamowite oczy.

Gosia była moim prywatnym Spokojem zza ściany w te wszystkie dni. Ten Jej spokój był prawie namacalny. To Ona była Tą, która z rozbrajającą radością uśmiechała się najszczerzej do tych wstępów do zachodów słońca. Nikogo one tak nie cieszyły jak właśnie Gosi. To była taka wręcz dziecięca radość. Do dziś mam Jej obraz przed oczami. Siedzącej na schodku przed naszymi drzwiami lub pod jadalnią z najszczerszym na świecie uśmiechem właśnie w stronę zachodzącego słońca, takim jakby doświadczała go pierwszy raz w życiu albo siedzącą pod różnymi drzewami w lesie z zamkniętymi oczami i uśmiechem łapiącą każdy najdrobniejszy dostępny promyk słońca w ciągu dnia. Takie odnosiłam wrażenie, że ona musi kochać słońce tak samo mocno jak ja kocham księżyc. Albo nawet mocniej.

Podziękowałam Jej za obecność. Ona była tym Spokojem, którego potrzebowałam wracając do siebie. Doskonale go czułam. Autentycznie, przez ścianę. Nie mam 100% pewności, ale założyłam, że nasze pokoje były odbiciem lustrzanym. Więc spałyśmy bardzo blisko siebie, oddzielone jedynie ścianą. Czułam energię Jej spokoju obok. Czasem leżąc już w łóżku kładłam dłoń na ścianie i cichutko Jej dziękowałam, za to, że jest obok mnie. Jak uciekałam prawie z płaczem do pokoju z medytacji, bo już miałam dość w trakcie tych, które mogliśmy mieć w pokoju i widziałam Ją wystawioną w stronę okna w pozycji siadu skrzyżnego, medytującą w stronę słońca, od razu robiło mi się lżej, naprawdę. Ona całą sobą była takim niezachwianym Spokojem.

Przytuliłyśmy się na pożegnanie chyba ze trzy razy jak stare dobre kumpele. To było magiczne. A kiedy dziękowałam Jej wzruszona jeszcze raz, krótko mówiąc o tym jak wiele uwolniłam i jak wiele tam zostawiam, Ona podziękowała mi za moją siłę. Powiedziała, że byłam Jej siłą. Że bardzo to czuła. Że we wszystkich trudnych momentach moja siła dodawała Jej sił. Okazało się, że naprawdę nie potrzeba słów, żeby kogoś naprawdę czuć. Nieświadomie byłyśmy dla siebie wzajemnie wsparciem. Spokój i Siła. Team Słońce i Team Księżyc. Stworzyłyśmy idealny sąsiedzki duet. W tamtym miejscu chyba nie ma limitu ilości magii jakiej można doświadczyć.

Poszłam do siebie. Spakowałam to, co jeszcze zostało. Usiadłam ostatni raz. Na już praktycznie nie moim łóżku. I zaczęłam płakać. To naprawdę było trudne. Choć bardzo chciałam już wrócić do domu, wpaść w ukochane ramiona, naprawdę było mi bardzo przykro, że muszę to miejsce zostawić. To nie były uczucia jak ta moja „depresja powakacyjna”, kiedy wracam z jakiegoś pięknego miejsca. Było podobnie, ale tu dla odmiany działo się coś więcej. Bo działo się w głębszych warstwach mnie, tak jak jeszcze nigdy.

Czułam, że wrócę inna. Wiedziałam, że w początkowe dni trudno będzie mi się odnaleźć. Idealnym dowodem na to była niechęć do telefonu. Ale rozumiałam też, że to doświadczenie nie służyło ucieczce od mojego życia. Było po to, aby nauczyć się w tym życiu żyć po nowemu. Jako nowy człowiek. Lepszy człowiek. Taki hmm… Posprzątany, oczyszczony. I autentycznie czułam się czystsza, lżejsza… Nie w taki sposób jak po odbytej głodówce. Zupełnie inaczej. Jakoś tak na bardzo głębokim poziomie. Na takim, którego nie da się opisać odpowiednio słowami. Tak jakbym posprzątała swoją Duszę. Jakbym czuła Ją tak mocno jak nigdy przedtem.

Po niecałej godzinie w drodze powrotnej zjechałam na umówiony parking, na którym czekały na mnie ukochane ramiona mojej Drugiej Połówki. I prawda jest taka, że jeszcze nie zobaczyłam Jej, wystarczyła mi Hondzia i wpadłam w taką histerię, że sądziłam, że nie pojadę dalej, że auto po prostu samo będzie się toczyć. Nie umiałam wysiąść. Nie mogłam się uspokoić. Tylko jedno wydarzenie w życiu powodowało u mnie tak histeryczny płacz. Tu był drugi raz. I teraz już wiem, jak smakuje najprawdziwsza na świecie tęsknota. Musiałam te emocje wszystkie schować po przyjeździe na kurs naprawdę bardzo głęboko. I dopiero kiedy Ją zobaczyłam wszystko puściło. Moja Vipassana nie była tylko moim wyzwaniem. Nie potrzebowałam potwierdzeń, ale to mi pokazało jak silna może być miłość. Jak silna może być więź. Moja Siostra przejechała ponad 370 km przede wszystkim po to, żeby mnie przywitać. Prawdziwa miłość nie zna granic. Kocham Cię na zawsze ❤️

Powrót do rzeczywistości nie był łatwy. Droga powrotna upłynęła mi we względnej ciszy. Nie byłam w stanie włączyć muzyki. Próbowałam, ale moja głowa nie mogła tego znieść. Wszystko mnie denerwowało. Było mi bardzo ciepło, więc spróbowałam włączyć klimatyzację, ale dźwięk jaki wydawała był dla mnie gorszym od szumu zza odsuniętych szyb. To też było cholernie denerwujące, ale jednak bardziej do zaakceptowania. Dziwnie zaczęłam się czuć tak naprawdę już w momencie, w którym wyjechałam z lasu. Jeszcze trafiłam w ten przedwyborczy czas i w każdej kolejnej miejscowości byłam bombardowana głowami i sloganami. Ilość bodźców zwiększała się diametralnie z kilometra na kilometr. Płakałam. Mówiłam do siebie. Chciałam cofnąć czas. Kolory opakowań gum do żucia na stacji benzynowej powodowały dziwne skurcze w brzuchu. Bałam się tego co mnie otaczało w tej zamkniętej i zdecydowanie zbyt kolorowej rzeczywistości.

I przyznaję, że kiedy się dowiedziałam zanim odzyskałam telefon, że jeśli chcę to mogę jeszcze zostać (tam na miejscu było co robić, każda pomoc była potrzebna), zatrzymałam się na ułamek sekundy, tak jakbym rozważała tą możliwość. Bardzo szybko jednak dotarło do mnie, że to znów byłaby ucieczka. Przed rzeczywistością. Bo się jej bałam. Spotkanie ze mną przestało mnie przerażać. Dobrze mi ze sobą było. Vipassana pomogła mi to przepracować. Dlatego odebrałam telefon, ale siadłam do niego tyłem, bo jednak aż tak odważna nie byłam, żeby płynąć z tym prądem zbyt szybko.

Na szczęście ułożyłam sobie kolejne dni tak, żeby wrócić do życia stopniowo i z głową. Przez bardzo długi czas czułam się jakby mnie ktoś, wbrew mojej woli, włożył po prostu do obcego dla mnie świata. Najlepszym określeniem na to co czułam był haj. Przez jakieś dwa tygodnie ten haj się utrzymywał. Był bardzo intensywnym odczuciem. To było takie wrażenie jakbym się unosiła odrobinę nad ziemią. Jakbym chodząc jej nie dotykała. Uczyliśmy się medytować cały czas. Pomiędzy medytacjami. I starałam się to robić. Choć otaczające mnie bodźce bardzo mi w tym przeszkadzały. Czułam się ciągle zmęczona. Często bolała mnie głowa.

Po jakimś czasie Natalia mi napisała, podczas rozmowy o tym, że czuje się podobnie, że ktoś Jej powiedział, że to są objawy zmian jakie zachodzą w mózgu. I ma to sens. Bo byliśmy poddani bardzo intensywnemu „treningowi” medytacji, a ona ma autentyczny wpływ na zmiany w mózgu. Przestałam zrzucać to na karb rzeczywistości, do której czułam, że nie pasuję. Zaczęłam akceptować fakt tego co ze sobą ten stan niesie, bo to akurat była pozytywna wiadomość.

Decydując się na taki kurs musimy mieć świadomość, że 10 dni nie wystarczy, aby zmienić życie. To jest pierwszy kroczek. Uczymy się techniki medytacji, czyścimy pierwsze warstwy, a cała reszta zależy od nas. Aby to miało sens trzeba stosować się do zasad. Przestrzegać reguł. Medytować godzinę rano i godzinę wieczorem. Medytować na co dzień, w życiu. To jest to bycie w tu i teraz. Jak w Potędze Teraźniejszości. I ja z nastawieniem, że od teraz wprowadzam Vipassanę do swojego życia na stałe, wróciłam do domu. Wiadomo, że nie będzie łatwo. Wiadomo, że mogą się zdarzyć sytuacje w których nie uda mi się praktykować. Ale najważniejsze to się nie poddawać. Nie odpuszczać. Bo ja wiem, że tak chcę żyć. I mam nadzieję, że mi to nie minie.

Do tej pory nie opuściłam ani jednej medytacji. Choć te pierwsze bywały ogromnym wyzwaniem, ze względu na zmęczenie, które wieczorami sprawiało, że trudno mi było najzwyczajniej w świecie nie padać na twarz, bez totalnej kontroli. Z racji dość intensywnego życia jakie prowadzę wprowadzenie godzinnej medytacji rano wiązało się z przesunięciem godzin pobudki na 4:00 i totalnym zmodyfikowaniem moich poranków. Część praktyki poszła w odstawkę, część, jak joga została skrócona do minimum rozciągania, zwłaszcza w dni w które mam mniej czasu. Czy mi to przeszkadza? Czy wolałabym jak dawniej? Czy godzina medytacji zamiast 20 minut ciągnie się w nieskończoność? Nie. Rano medytuję ze śpiewami. Wieczorem bardzo często muszę zakładać słuchawki i wyciszać dodatkowo otoczenie, bo okazuje się, że mam sąsiadów, którzy mają chyba problem ze słuchem, bo nie wierzę, że ściany są aż tak cienkie, żeby było przez nie słychać bardzo wyraźnie każde słowo z ich telewizora.

Czy moje medytacje są perfekcyjne? Udaje mi się nie zaczepiać o myśli, które przepływają? Czy przestałam zwracać na nie uwagę? Czy wchodzę naprawdę głęboko? No nie. Czasem zupełnie nie wychodzę poza Ānāpānę, bo mój mózg jest na dyskotece. Ale nie buntuję się przeciwko temu. Akceptuję, że tak widocznie musi być. Ale tak też nie jest zawsze. Często tak samo jak na kursie płaczę bez wyraźnego powodu, emocje przepływają przeze mnie falami dreszczy. Ale też zdarza mi się „latać”. Akceptuję wszystko co się pojawia, staram się zachowywać przy tym spokój. Nie przywiązywać się do tego, co przepływa. Nie poddaję się.

Nie wiem, ile razy można się rodzic na nowo, ale mam wrażenie, że mi się to znów przytrafiło. Teraz spotkania ze sobą są na porządku dziennym. Teraz są bezpieczne. Jeszcze przed kursem wydawało mi się, że mam przepracowane pewne bardzo trudne doświadczenie. To które powodowało brak poczucia bezpieczeństwa w kontakcie na takim poziomie ze sobą. Tymczasem jeszcze będąc tam przepłynęło to przeze mnie jeszcze raz. Jeszcze raz spotkałam tamtą siebie, która została tak skopana. I to nie było łatwe, ale tak cholernie potrzebne i tak bardzo warte.

Bo zamykając jedne drzwi otworzyłam drugie do czegoś pięknego. Do najprawdziwszego współczucia, które popłynęło bardzo ciepłymi łzami. Jeszcze chyba nigdy nie czułam go tak mocno do nikogo. Nawet pisząc to mam łzy w oczach i przechodzą mnie fale dreszczy. To nie była moja wina, bo zdecydowałam poszukać siebie. To nie moja praca nad sobą spowodowała, że wszystko tak się potoczyło. Ona tak naprawdę mnie uratowała. Bo Ktoś był chory na długo przed tym. To nie była moja wina, że ten Ktoś był od siebie tak daleko, że był w stanie posunąć się do niewyobrażalnych rzeczy, żeby tylko mnie mieć. To nie było przeciwko żadnemu z nas. To było dla nas. I tu też to powtórzę, że rzeczy nie przytrafiają się nam. Tylko dla nas. I nie wiem jakie po tamtej stronie popłynęły wnioski, ale ja dziś wiem, że musiało się stać właśnie tak. Że musiało się tak skończyć, bo nigdy bym nie zrozumiała.

Dopiero dzięki temu w pełni wiem, gdzie są granice, których nikomu już nigdy przekroczyć nie pozwolę. Wiem czym miłość nie jest i nigdy nie będzie. Wiem, że moje ciało wie lepiej od głowy, kiedy coś mu z czyjejś strony grozi. I zrozumiałam, że kiedy gdzieś bardzo głęboko w środku, zupełnie bezpodstawnie czuję, że coś jest nie tak – mam rację.

Czy mam żal? Nie. Bo ja wygrałam. Już nawet nie chcę używać tamtego epitetu. Używam imienia. I już się nie boję. Ani o tym myśleć, ani o tym mówić. Przestałam się stawiać w roli ofiary. Jedyne co mi pozostało po tamtym czasie to współczucie. Bo trzeba naprawdę ogromnie cierpieć i być niewyobrażalnie nieszczęśliwym, żeby być w stanie drugiemu człowiekowi wyrządzić taką krzywdę. To nie potrzebuje niechęci, pretensji, komentowania. To potrzebuje współczucia. Zwłaszcza po tym, co ostatecznie wyszło na jaw. Mam nadzieję, że wyciągnąłeś wnioski. Że nigdy więcej nikogo nie skrzywdzisz. Że nikt nigdy więcej przez Ciebie nie będzie cierpiał. Bo tylko wtedy ostatecznie będę mogła powiedzieć, że naprawdę warto było Cię wpuścić do mojego życia i przejść przez to wszystko. Odnajdź siebie i bądź szczęśliwy.

Czy jest mi źle w tym Świecie po? Czasem tak. Czasem chciałabym się TAM teleportować. Ale wtedy robię sobie Inkę, która smakuje jak Vipassana i szczypię się w ramach przypomnienia, że ucieczka nigdy nie jest dobrym rozwiązaniem. Puszczam sobie śpiewy Goenki, które zawsze pomagają mi wrócić na właściwe tory, przypomnieć, że do poczucia „haju” mam cały czas dostęp, bo to jest wtedy, kiedy jestem prawdziwie tu i teraz. Przypominam sobie, że już wiem po co tu jestem. Że wiem po co robię to co robię. Sporo się we mnie zmieniło. Ale też Vipassana utwierdziła mnie w pewnych przekonaniach. Pokazała, że sama podjęłam już wiele decyzji nieświadomie, dużo wcześniej, zgodnie z tym czego uczy.

Ona pozwoliła mi bardziej wszystko uporządkować, poza tym, co pomogła uleczyć. Czasem podczas medytacji widzę rzeczy, których przed kursem bym się nie spodziewała w swoim życiu. Mawiałam, że na niektóre jest za późno. Teraz już na nic nie jest za późno. Bo nasze życie to dużo więcej niż się nam wydaje. A nawet jeśli pewna wizja była tylko marzeniem na czas tego życia, to fajnie było poczuć, że w którymś z kolejnych tego właśnie doświadczę.

Będę wracać do starych schematów. Nie unoszę się fizycznie nad ziemią, nie doznałam oświecenia. Jestem i pozostanę człowiekiem. Więc będę jak człowiek czuć. Ale w stanach tu i teraz jetem częściej, bo moja świadomość doświadczania rzeczywistości wyostrzyła się na tyle, że łatwo mi się wraca. Naprawdę możemy więcej niż się nam wydaje. Musimy tylko chcieć. Przede wszystkim zacząć od siebie. Każdy z nas może dołożyć swoją cegiełkę. Każda ma znaczenie. I to nie oznacza, że dziś czy jutro zbudujemy nowy Świat. Nie zbudujemy. Bo rąk do pracy potrzeba wiele. Tyle, że każda nowa para ma znaczenie.

Jutro o 16 naszego czasu dr Joe Dispenza znów organizuje Walk for the World.

https://www.instagram.com/p/C4gWaXBMgMy/?igsh=MTQ1MDBzeGltcWtrdQ==

Idę. Bo zmiana zaczyna się od nas. Bo jestem w teamie osób, które wierzą w to, że kiedyś będzie lepiej. Że zło da się pokonać dobrem.

 

Ugotowałam KOMPOT. I w mojej kuchni znów pachnie Vipassaną ✨

 

P.S. Dziękuję, że jesteś 🤍 

P.

Ten post ma 4 komentarzy

  1. Malina

    Ja znowu dzisiaj ze wzruszeniem 🫶 to jest piękne

  2. Natalia

    Ja tak tęsknię za tym hajem Paula 🥹🥹💖💖💖 Kocham Cię 🌻🌞

    1. P.

      🌸😘 Kocham Cię ❤️

Dodaj komentarz