Zmiana

 

Nic się nie zmieni, jeśli nic nie zmienisz


***

Nie śpię. A miliony myśli zostawiając za sobą tumany kurzu dobijają się, do strun głosowych, którym nie mam możliwości dać ujścia akustycznego ze względu na porę nocy, oraz ciszę i spokój zanurzonego w marzeniach sennych lub bezsennych świata wokół.

Taki sobie złośliwy czasem Wszechświat wybiera moment i sposób na natchnienia i zmiany przepływające elektryzująco przez każdą, najdrobniejszą komórkę ciała wraz z krwią i limfą, które to ciało na te wszystkie zmiany gotowe jest najmniej, a na pewno mniej niż dusza.

Jestem zła. Bo spokojny i mocny sen zdarza mi się ostatnio zdecydowanie zbyt rzadko, a walczę o niego nieustannie uparcie nie widząc światełka w tunelu. Więc zapewne niezłośliwie, choć w tej chwili trudno mi w to uwierzyć, stworzone zostały idealne okoliczności do tego, aby w środku nocy wyrwać mnie z przytulnego, ciepłego łóżka, w poszukiwaniu innego miejsca, w którym być może uda się zasnąć. Nie udaje się. Nie pomaga nic. Zatyczki do uszu, zapachy, ciepło, zimno.

Wstaję. Bo jak widać szanowny Pan miał na mnie lepszy plan tej nocy. Zapalam świeczkę. Przygotowuję matę, poduszkę i koc. Skoro się nie da spać, to może chociaż uda się pomedytować. Okadzam przestrzeń zapachem, który przywołuje na myśl poczucie dobra, spokoju, nastraja do głębszego zaglądnięcia w siebie. Gaszę świeczkę. Woła mnie ciemność tej nocy, której nie chcę naruszać żadnym światłem. Światła poszukam w sobie.

I tak trwam. W połączeniu ze sobą w jakim dawno nie byłam. Bez Mantr, bez Mudr, bez przywoływania jakichkolwiek Energii. Tylko ja. Moja cisza i moje myśli. Moje wdechy i wydechy. Mój ból i upór, aby nie odpuścić. Myśli nieustannie przez tą godzinę płyną. Nie zaczepiam się o żadną z nich dłużej niż to konieczne. Doprowadzam umysł do stanu, w którym te myśli przestają się liczyć.

Po prostu jestem. Ze sobą. Zaglądam do wnętrza, bez oczekiwań staram się być. I wypływa pomalutku, to co we mnie, to co boli. Jak to zawsze bywa. Przypominam sobie wykłady z Vipassany. Opowieści o tym co i w jaki sposób uwalnia się z nas. Moje lewe kolano zaczyna tym właśnie promieniować na całą nogę. Atakuje biodro, stopę, łydkę, udo, pośladek. Boli. Jak cholera. A ja nie szukam odpowiedzi czym jest mój ból, tylko staram się być obok niego.

Obserwuję z boku coś co zaczyna być coraz trudniejsze do zniesienia. Na poziomie ego. Staram się nie włączać instynktów, które w normalnej sytuacji już dawno kazałyby mi wyprostować nogę i zrezygnować. To doświadczenie przypomina jedne z trudniejszych chwil z końca marca poprzedniego roku. Chcę obserwować ten ból i przestać się z nim utożsamiać. Chcę być obok niego i spróbować go rozpuścić. Raz po raz udaje mi się go osłabić, ale po chwili wraca jakby ze zdwojoną siłą.

Nie zamierzam dłużej z nim walczyć. Zaczyna mi się robić gorąco i podskórnie czuję, że wszystko co mogłam wycisnąć z tego czasu poświęconego sobie w środku nocy już wycisnęłam. Nie zamierzam się katować, a jakby na potwierdzenie wibracja na moim nadgarstku sygnalizuje upłynięcie godziny przeznaczonej na tą medytację.

Nie poruszyłam się podczas tej godziny ani raz. Moje nogi nie cierpły jak dawniej podczas medytacji Vipassany. Podczas tej regularnie dwa razy dziennie przeznaczanej na nią właśnie godziny. Pomimo tak długiej przerwy. Noga jednak bolała. Ale był to jakiś nowy ból. Był inny.

Nie rozpuściłam go do końca. Ale jestem dumna z siebie, bo nie pozwoliłam mu się ponieść. Byłam obok niego najlepiej jak potrafiłam. I nie wpadłam w euforię kiedy pozwoliłam wrócić nodze do normalnego stanu. Po prostu byłam. Ze sobą i w sobie. Tak jak być powinnam.

Kolejna lekcja. Przede mną sporo wyzwań. Kilka ciekawych, odważnych pomysłów. Kilka nowości. Mnóstwo wyjść ze „stref komfortu”. Pełno zderzeń ze starą sobą. Tańca z demonami i cieniami. Bólu i uwalniania. Zmian. Zmian. Zmian. Ale te chwile, w tej medytacji, w której chyba pierwszy raz w życiu udało mi się być aż tak bardzo obok własnego cierpienia, nie popaść w nie, nie walczyć i nie użalać się, pokazały mi jak z tym wszystkim co się wydarzy być.

Uczę się. Nieustannie. Wielu nowych nazwijmy to skillów, wielu rzeczy, które niosą mnie tam, gdzie potrzebuję i chcę. Ale uczę się też siebie. Tej nowej wersji, w której nie do końca jeszcze jest wygodnie, bo wydaje się czasem zbyt odważna jak na moje możliwości. A w zasadzie powinnam chyba napisać jak na ograniczenia, które udało mi się nałożyć na siebie przez te wszystkie lata. Ale muszę przyznać, że ta odważna wersja, pomimo trzęsących się łapek da się lubić.

Zobowiązuję się więc nie odpuszczać, a przynajmniej nie na długo. Przytulać siebie mocno w każdym kryzysowym momencie. Nieustannie wierzyć w to co głoszę i słuchać intuicji. Być zmianą, którą chcę widzieć. Być Cegiełką, bo nie bez powodu mnie o to poproszono. Ale przede wszystkim zobowiązuję się być. Tak po prostu. Ze sobą i dla siebie. W każdej wersji wydarzeń. W każdej chwili. Bo to we mnie jest moc, której aż szkoda byłoby nie wykorzystać.

Zaczęłam od siebie. Bo zawsze powinno się zacząć od siebie.

Zmiana będzie gonić zmianę. Odpuszczam. I nie mam pojęcia czy to jeszcze strach, czy już ogromna, trudna do okiełznania ekscytacja.

 

P.S. Dziękuję, że jesteś 🤍

P.

Ten post ma 4 komentarzy

  1. Bartosz

    Jesteś niesamowicie silna i wiem, że dasz radę otworzyć się na nowe możliwości, okoliczności i wyzwania choć nie zawsze będzie łatwo. Wybrałaś swoją ścieżkę i chcę Cię na niej wspierać na ile potrafię. Wierz w siebie i działaj zawsze w zgodzie ze sobą i z pełną mocą✨💪

    p.s. Przepraszam za moje natarczywe chrapanie tej ciężkiej nocy. Kocham Cię Paulina ♥️

    1. P.

      😂😘 kocham Cię Bartek 😘❤️

  2. Malwina

    Będzie dobrze ❤️ wiem o tym😘 też Cię kocham i wierzę w Ciebie! I o kibicowaniu to już nie wspomnę nawet Love 😘

Dodaj komentarz